Sznyty, chlasty, tatuaże...

      Są młodzi, często nawet bardzo młodzi, bo ledwie nastoletni. Ich ciało pokrywają dziesiątki blizn. To tzw. samookaleczenia. Mają świadczyć o odwadze, odporności na ból, przynależności do określonej subkultury. Mogą też być wyrazem rozpaczy po porzuceniu przez ukochaną osobę, sposobem na pokonanie własnych słabości, swoistą formą szantażu, wołaniem: pomóż...

      Marta ma 26 lat, kilka spędziła w poprawczaku. W tym roku kończy(!) resocjalizację na Uniwersytecie Warszawskim, ale od przeszłości nie potrafi uciec. Wraca do niej, każdej chwili, gdy tylko wzrok zawiesi na rękach oszpeconych licznymi sznytami. Chlastała się żyletką albo nożem, nie dla ozdoby, nie dla fasonu. Był to sposób zaistnienia w grupie, dowód, że nie jest gorsza, że zasługuje na lepszą pozycję w poprawczej społeczności.

      Dziś ślady tamtego życia skrzętnie skrywa pod przydługimi rękawami i nie może doczekać się pierwszej z kilku planowanych operacji plastycznych. To piekielnie drogi zabieg. Grosz, który na razie uciułała starczy na wycięcie zaledwie jednego sznytu i to nie w Polsce, a na Ukrainie... Tam znacznie taniej. Miną miesiące, a może lata nim Marta zdoła wymazać przeszłość ze swojego ciała.

      Chlastany życiorys nie tylko przypomina. W najmniej odpowiednim momencie może pokazać rogi. Osiemnastoletnia Anka musiała zrezygnować z pracy w kawiarni, bo szefowa kazała jej przyjść w firmowym kostiumie z krótkim rękawkiem...

      Nie wszyscy okaleczeni nabierają z wiekiem obrzydzenia do własnego ciała. Beata z dumą prezentuje 72 sznyty i kilkadziesiąt tatuaży dosłownie wszędzie, także tam, gdzie wydaje się to niemożliwe.

      Aldona też szczyciła się dziesiątkami kolek / tatuaży wykonanych igłą napełnioną tuszem z długopisów/, ale pech chciał, że zakochała się w estecie. Ledwie ją rozebrał i zobaczył, co ma pieścić, zwiał, gdzie pieprz rośnie. Załamana wzięła wtedy żyletkę... Wokół graficznego znaku “kreska kropka kreska” (przerwany życiorys na odsiadkę) zrobiła sobie sznyty i rozciągała je w trakcie gojenia, by były, jak najbardziej wyraziste.

      Markowi pewnie by się spodobały. Sam imponował dziewczynom “przycharami”.

      - Miałem każdą – mówi – wystarczyło, że na oczach którejś przyjarałem klatę petem, a lepiły się jak muchy.

      Dla dwudziestodwuletniego Krzysztofa sznyty stały się sposobem na życie, np. egzekwowaniem od rodziców pieniędzy na wódkę.

      - Nie dacie to się potnę! – straszył matkę i ojca.

      Kompletnie pijany postraszył też doktora Bohdana Woronowicza, kiedy ten dyżurował w izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego. Zagroził, że jeśli nie przyjmie go na oddział, to się pochlasta.

      - Pańska sprawa – odrzekł psychiatra. - Wskazań do zatrzymania na oddziale nie ma żadnych. Najpierw więc niech pan wytrzeźwieje, a potem jeśli nadal będzie odczuwał potrzebę kontaktu z lekarzem, zapraszam.

      Krzysztof wyszedł z gabinetu, ale nie ze szpitala. Zatrzymał się w holu. Doktor Woronowicz polecił sanitariuszowi podglądanie go przez uchylone drzwi. W pewnym momencie pacjent wyjął żyletkę i zaczął się delikatnie zadrapywać. Kiedy po kilku minutach zrozumiał, że nic nie wskóra, że nikt się jego zachowaniem nie interesuje poszedł sobie w siną dal. Wrócił trzeźwy po kilku godzinach. Dr Woronowicz przywitał go pytaniem: a co się panu stało w rękę? Pielęgniarka zaopatrzyła ranę i wrócili do przerwanej wcześniej rozmowy... już na normalnych zasadach.

      - Żądanie czegokolwiek pod presją samookaleczenia to częsty sposób młodych i jednocześnie niezrównoważonych emocjonalnie ludzi na osiągniecie celu – wyjaśnia Bohdan Woronowicz. - Jeżeli powiedzie im się to raz, drugi, trzeci, będą tak czynić w momencie pojawienia się kolejnej zachcianki. Nie należy więc z miejsca spełniać wszelkich żądań, co nie znaczy, że tego typu zachowania można ignorować. Każdy przypadek powinno się konsultować z psychologiem, czy psychiatrą, choć na ogół szantaże nie są groźne, nie mają nic wspólnego z próbą samobójczą. Jeśli człowiek zamierza targnąć się na swoje życie to tnie się w tzw. miejscach niebezpiecznych. Nie, nie powiem których.

      Zdaniem Jerzego Książka, wychowawcy Zakładu Poprawczego w Falenicy, rany, jakie zadają sobie dziś młodzi ludzie są na szczęście bardzo powierzchowne.

      - Nazywamy je “harcerzykami” lub “drapankami”. Rzadko kiedy wymagają interwencji chirurgicznej, nie to, co w latach siedemdziesiątych, gdy nieletni chlastali się do kości.

      Samookaleczeń dokonują głównie młodzi ludzie z cechami niedojrzałej lub zaburzonej osobowości. Zadawanie sobie bolesnych ran przynosi np. ulgę odczuwającym znaczne napięcie wewnętrzne związane z nieumiejętnością radzenia sobie z własnymi kłopotami. Ból fizyczny staje się antidotum bólu psychicznego.

      - Zdarza się – kontynuuje Jerzy Książek – że wychowanka tnie się po dniu wizyt rodziców. I nie dlatego, że coś przykrego jej powiedzieli. Nie powiedzieli nic, bo znowu nie przyjechali. Kiedyś, w dzień odwiedzin poprawczaki pękały w szwach, dyrekcje tych placówek nie mogły sobie poradzić z tłumem matek i ojców. Dziś nie mogą doprosić się o przyjazd, bo najbliższych często nie stać na podróż... Dzieciaki, tak to jeszcze są dzieci! chlastają się z rozpaczy, jakby chciały wykrzyczeć: ZAUWAŻCIE MNIE!!!

      - Przyczyną ranienia się bywa też zazdrość lesbijska. Niestety to coraz częstszy problem, niegdyś w poprawczakach nie istniejący .

      Okaleczanie może w pewnych sytuacjach przerodzić się w uzależnienie, a wtedy wymaga już systematycznego leczenia. Swoje ciało haratają też alkoholicy w stanach depresji, również kilkunastoletni. Znieczuleni np. wódką czy winem nie odczuwają fizycznego cierpienia. Kompletnie nieświadomi mogą wyrządzić sobie poważną krzywdę. Takich pacjentów hospitalizuje się przede wszystkim dla ich bezpieczeństwa.

      Często sznyty, a nawet wymyślne tatuaże to forma protestu przeciw wszystkiemu i wszystkim, albo moda. Historia obrazów nanoszonych pod skórę sięga tysięcy lat. Kiedyś dzięki nim można było rozróżniać plemiona, identyfikować wodzów, czy innych hierarchów w danej społeczności. Tatuaż informował, zdobił, ale także pełnił rolę amuletu odstraszającego złe moce, był bronią w walce z życiowymi niepowodzeniami. Był też piętnem. We Francji za Ludwika XIV prostytutkom wypalano czerwone lilie. Kiedy wiadomość ta dotarła pod koniec ubiegłego stulecia do polskich więzień i poprawczaków, przebywające tam dziewczyny i kobiety masowo pozbywały się kwiatków “kolkując” w te miejsca inne obrazki.

      Kojarzenie tatuowanych osób przede wszystkim ze światem przestępczym jeszcze do niedawna było standardem. Dziś podskórne rysunki robi się przede wszystkim dla ozdoby.

      Salony tatuaży odwiedzają kobiety i mężczyźni, dwudziestolatkowie i pięćdziesięciolatkowie, robotnicy i największe gwiazdy filmu, teatru, piosenki. Praktycznie zgłaszają się przedstawiciele wszystkich zawodów bez względu na wykształcenie i miejsce zamieszkania. A wykonawcami owych misternych obrazów są nierzadko artyści plastycy.

      Sebastian Junior pracuje w tym fachu od wielu lat. Jest laureatem prestiżowych konkursów, także zagranicznych. Jego zdaniem to wcale nie moda sprawia, że coraz więcej ludzi odwiedza studia tatuażu:

      - Rysunki na skórze, często tajemnicze, od zawsze nas fascynowały, jednak w większości nie mieliśmy odwagi ani się do tego przyznać, ani tym bardziej poddać takiemu zabiegowi. Teraz nie tylko zmienia się podejście, ale zamówienia klientów. Jeszcze kilka lat temu prosili o przenoszenie najwierniej, jak to możliwe, niewielkich wzorów z katalogu. Obecnie zamawiają obrazy specjalnie dla siebie i chcą nimi kryć np. całe plecy.

      Coraz popularniejszą, acz również znaną od wieków formą zdobienia ciała, w konsekwencji okaleczania, jest kolczykowanie. Już nie tylko panie, ale i panowie przekłuwają sobie uszy, nosy, wargi, język, sutki pępek, a także narządy płciowe...



      KOMENTARZ Anny Rudnickiej, pedagoga szkolnego:

      Samookaleczanie to nie tylko domena młodych ludzi przebywających w zakładach zamkniętych, czy półzamkniętych. Sznyty wykonują sobie nawet gimnazjaliści, bo... coś nie gra w domu, bo wypada pokazać, jaki jestem twardziel, bo tak mi się podoba, bo ojciec postawił szlaban za złe oceny. Niestety odnoszę wrażenie, że rodzice na ogół bagatelizują te dziecięce zachowania. Rzadko o tym w domu rozmawiają, rzadko też przychodzą po radę do psychologa, czy pedagoga. My ze swej strony możemy jedynie sygnalizować problem, wskazywać sposoby porozumiewania się z dziećmi, ale nie wolno nam zdradzać tego, co wiemy od nich samych. Obowiązuje tajemnica spowiedzi. Myślę też, że matki i ojcowie boją się niewygodnych tematów, udając, że nie widzą, okłamują samych siebie. A problem jest i widać go gołym okiem, nawet bardziej w domu, niż w szkole.