Pamiętaj, ty nic nie wiesz!

Lesław Kukawski, rocznik 1930: z zawodu rolnik - hodowca koni, z zamiłowania historyk. Chodząca encyklopedia dziejów i tradycji polskiej kawalerii, znawca ułańskiego umundurowania, kolekcjoner, autor (bądź współautor) kilkunastu książek o tematyce kawaleryjskiej.

- Jak już państwo do mnie dojedziecie, to w żadnym razie proszę nie wysiadać z samochodu; najpierw zatrąbić, wtedy wyjdę i zamknę psa – tak instruuje swoich gości Lesław Kukawski. O dobrej radzie, dobrze pamiętać, zwłaszcza że czarny jak smoła mastiff, ma ponoć niejedno na sumieniu. Trąbimy więc zgodnie z zaleceniem, gospodarz przywołuje bestię, ale drugiego psa, owczarka niemieckiego, równie dużego, co mastiff, zostawia! Ten na szczęście, zwany „malutkim”, okazuje się przyjaznym pieszczochem.

      Niezagrożeni przekraczamy próg domu, wchodzimy wprost do holu pełniącego rolę siodlarni. Kilkadziesiąt wojskowych kulbak z lat 1920-1939, w tym oficerskie, robi wrażenie.

-      To nie kulbaki – prostuje gospodarz – to siodła wojskowe. Określenie „kulbaka” jest nazwą historyczną, w Polsce międzywojennej nieużywaną. Walczę ze wszystkimi, którzy popełniają ten błąd... ten i dziesiątki innych, dotyczących m.in. oznak mundurowych, uzbrojenia, regulaminów i tradycji. Przykre, że wpadki zdarzają się także zawodowcom... do tego w sytuacjach szczególnych. Przykładem choćby pogrzeb generała Michała Gutowskiego : ktoś wymyślił, ażeby w kondukcie szedł koń z przytwierdzonymi do strzemion butami wojskowymi, włożonymi odwrotnie do kierunku marszu. Toż to przecież amerykański zwyczaj z wojny secesyjnej, obcy naszej, rodzimej kawalerii! A to już historia dosłownie z ostatnich tygodni: jak można trumnę z żoną prezydenta wieźć na wojskowej lawecie??? Ten przywilej nie przysługuje osobie cywilnej. Kto z kolei dopuścił, by w kondukcie żałobnym prezydenta Lecha Kaczyńskiego, część pododdziału kawalerzystów stępowała przed, a część za lawetą... wystawiając końskie zady rodzinie przed nos!

Lesław Kukawski, jeszcze dobrze nie skończył zdania, gdy z drugiego pokoju dobiegło wołanie żony, Aleksandry: telefon!

-      Któż znowu? – gospodarz szepnął pod nosem. Po chwili tłumaczył już rozmówcy: - Nie, nie; konie wedle maści dobierano w pułkach dopiero od 1927 roku...

Podobnych telefonów z zapytaniami, jak, co, gdzie, kiedy???, gospodarz otrzymuje dziennie przynajmniej kilka. Dzwonią do niego z całej Polski, a to członkowie stowarzyszeń kultywujących tradycje pułkowe, a to organizatorzy wystaw, historycy-amatorzy, także zawodowcy. Zadają dziesiątki pytań i na większość otrzymują odpowiedź od ręki. Kukawski żartuje, że w końcu założy kawaleryjską agencję informacyjną i za udzielanie wyjaśnień będzie pobierał honoraria. O właśnie, ledwie skończył jedną rozmowę, już odbiera następny telefon. My w tym czasie korzystamy z zaproszenia gospodyni i przechadzamy się po domu... omijając jedynie kuchnię, w której straszy mastiffem.

                        Ktoś zanucił, ktoś zagwizdał...

W bibliotece półki zapełnione po brzegi; gros tomów leży na podłodze. Znaleźć cokolwiek, potrafi tylko właściciel. Bezbłędnie sięga w kąt, gdzie zgromadził dzieła własnego autorstwa, m.in.: „Konne mistrzostwa wojska polskiego w II Rzeczypospolitej”, „Ułani Jazłowieccy. Barwa i broń”, „Kawaleryjska alma mater w Grudziądzu 1920 – 1939”, „Sztandary kawalerii polskiej XX wieku”... Każda z tych pozycji wydawniczych, to ileś lat wertowania materiałów źródłowych, przeszukiwania archiwów, wywiadów ze świadkami. Na przykład dwupłytowy album CD: „Marsze, zawołania i sygnały kawalerii II RP”, z załącznikiem w postaci niewielkiej książeczki, powstawał m.in. w oparciu o ustne przekazy melodii i słów. Ktoś zanucił, ktoś zagwizdał, ktoś zaśpiewał...

W domowej bibliotece nie sposób już wcisnąć szpilki, a tomów, tomików wciąż przybywa. O gromadzeniu księgozbioru w pokojach nie ma mowy, tu królują - nadając wnętrzu niepowtarzalny klimat - przedwojenne meble. Wzrok kierujemy na stary fotel... mieszkają tam pluszowe maskotki z czasów dziecięcych gospodarza oraz lalki jego drugiej żony, Ewy, zmarłej przed kilkoma laty. A ileż ciekawostek na ścianach: obrazy, ryciny, zdjęcia, szable, ogłowia, podkowy, buńczuki, strzemiona, lance, proporce... jedynie mundurów nie sposób się dopatrzyć, choć przecież Lesław Kukawski słynie z ich bogatej kolekcji.

-      Wszystko przekazałem do Muzeum Kawalerii w Grudziądzu. Tam przynajmniej eksponaty są dostępne na co dzień, w domu nie były. Cześć zbiorów, w tym także mundury, pokazywałem co prawda wcześniej na trzech kawaleryjskich wystawach, ale czasowych. Pierwsza, w Trzciance Lubuskiej, gdzie zresztą mieszkam od kilku dziesięcioleci, była, jak patrzę z perspektywy lat, śmiechu warta:– zaprezentowałem tam zaledwie kilkanaście przedmiotów. O dziwo jednak, właśnie ona sprawiła, że stałem się prawdziwym kolekcjonerem. Kiedy bowiem znajomi i nieznajomi dowiedzieli się dzięki niej, że zbieram wszystko, co w jakiś sposób wiąże się z kawalerią, zaczęli znosić mi w prezencie masę eksponatów. A to dostałem siodło, a to terlicę, szablę... Któregoś dnia przyszła pocztą paczka, taka nietypowa, bo miękka. Wewnątrz znajdowała się w nienagannym stanie kurtka od munduru ułańskiego oraz list: „kobiece serce zmiękło i przekazuje ci mundur swojego narzeczonego” pisał nadawca, Tadeusz Andrzejewski. Pisał o swojej siostrze, której narzeczony, wachmistrz podchorąży rezerwy 3 Pułku Strzelców Konnych, zginął w kampanii wrześniowej 1939. Ostała się ino kurtka...

                        Nakaz pracy

Swoją drogą ciekawe, skąd wzięło się u gospodarza zainteresowanie dziejami kawalerii. Może za sprawą brata mamy, ułana, Zygmunta Stańkowskiego, (przedwojenny wicedyrektor Browaru „Okocim”)? Bo sam ułanem nigdy nie był; nie dośc zresztą, że przydział do wojska dostał zupełnie niespodziewanie, to jeszcze kazali mu prowadzić ciężarówkę. Nie wspomina tego czasu najlepiej, Miał służyć dwa lata, ale... że nie posłużyła mu wojskowa kuchnia: kasza z tłuszczem, nierzadko polewana lurowatą kawą, trafił do szpitala. Stamtąd, po zaledwie trzech miesiącach od momentu wcielenia, do domu.

-      Takich jak ja, inżynierów-rolników zatrudnionych na kierowniczych stanowiskach w stadninach, na ogół wtedy do wojska nie brano - były to lata pięćdziesiąte - a że mnie wzięto...??? Pracowałem wówczas w Stadninie w Nowym Dworze pod rządami Józefa Tyszkowskiego. Miał do mnie pretensje, że staje okoniem wobec jego żony, Jadwigi, która po pierwsze chciała, bym pomagał jej w kuchni, a byłem tam przecież od koni(!), po drugie, próbowała posyłać mnie po wódkę. Jako instruktor harcerski, odmawiałem! Za sprzeciwianie się spotkała mnie kara: Tyszkowski załatwił mi skierowanie do armii. Ale najzabawniejsze w tej całej historii, że gdy po studiach otrzymałem nakaz pracy, zabiegałem, by zatrudnić się nie gdzie indziej, tylko właśnie u niego w Nowym Dworze...

Było tak: z nakazem pracy zgłosił się do Centralnego Zarządu Hodowli Koni, po skierowanie do konkretnej stadniny. W korytarzu spotkał Tyszkowskiego i dogadali się, że ten go przyjmie do siebie. Decyzję jednak musiał zatwierdzić jeszcze tzw. naczelnik personalny. Był nim poczciwy Żyd ze Stanisławowa... ukrywający nie tyle swoje pochodzenie, co przede wszystkim profesję ojca, drobnego handlarza, którego najwyraźniej się wstydził. Kiedy Kukawski wraz z dwoma kolegami: Jerzym Strużyńskim i Adamem Kuhnem znaleźli się w gabinecie naczelnika, ten zirytowany wrzasnął, że ktoś śmie zaprzątać mu głowę w tak szczególnym dniu...:

-      Czy wy nie wiecie, co dziś jest?

-      Nie wiemy - odrzekł któryś z nas.

-      Dziś jest pogrzeb Stalina!

-      A bo to nasza wina – odgryzł się Adam Kuhn, kawaler Virtuti Militari, wojenny inwalida.

Naczelnik zamilkł i podszedł do wiszącej na ścianie wielkiej mapy.

-      Ty pójdziesz tu, ty tu, a ty – zwrócił się Kukawskiego – tam i wskazał jakąś upadającą stadninę koni zimnokrwistych w Koszalińskiem!

-      Tam nie pójdę – kategorycznie odrzekłem.

–      Coś ty powiedział???

–      Powiedziałem, że tam nie pójdę! Krajana pan tam pośle?

–      Co znaczy „krajana”?

–      No pan naczelnik ze Stanisławowa i ja ze Stanisławowa! – w tym miejscu Kukawski trochę nałgał, sam bowiem pochodził ze Lwowa, w Stanisławowie natomiast mieszkały jakiś czas jego mama i babcia.

–      Co ty wiesz? – personalny zaskoczył pytaniem.

–      Ja nic nie wiem, ja tylko wiem, że i pan, i ja, jesteśmy ze Stanisławowa.

–      Siadaj! – Naczelnik wskazał miejsce przy biurku – siadaj i mów, co ty wiesz???

–      Ależ ja nic nie wiem, ja tylko nie chcę w koszalińskie!

–      A dokąd chcesz?

–      Do Nowego Dworu.

–      A skąd wiesz, że cię Tyszkowski przyjmie?

–      Już to z nim załatwiłem.

–      No dobrze, ale... co ty wiesz?

–      Nic nie wiem!

–      To pamiętaj, ty nic nie wiesz!!!!!

Kukawski, zgodnie z panującymi wówczas zwyczajami, zdążył odmeldować się po wojskowemu, podszedł już nawet do drzwi, nacisnął klamkę, a ten jeszcze raz powtórzył na odchodne:

–      Pamiętaj, ty nic nie wiesz!!!

                        Ogier z... nieba

      Z taką to „niewiedzą” trafił do owego nieszczęsnego dla siebie Nowego Dworu. Następnym przystankiem zawodowej karierze była Stadnina w Pępowie, gdzie spędził cztery lata. Uległ tam poważnemu wypadkowi: koń, na którym galopował, potknął się, a on, zamiast, czym prędzej ewakuować się z siodła, postanowił „zachwianą równowagę” wysiedzieć. Skończyło się fatalnie: wierzchowiec przewrócił się na niego i w kilku miejscach połamał mu miednicę. Miesiące w gipsie i kolejne, rekonwalescencji. Na szczęście powrócił do pełni sił i znów mógł dosiadać koni... tyle, że już u siebie w domu. Kiedy bowiem po odejściu z Pępowa, rozstał się na zawsze ze stadninami, założył własne gospodarstwo rolne. Uprawiał 28 hektarów ziemi, hodował kury (2 tys. niosek), owce (100 matek) i opiekował się koniem, który... spadł mu z nieba.

-      Zadzwonił do mnie Maciej Świdziński - mój dobry kolega, znany hodowca - z informacją, że dyrektor stadniny w Golejewku wystawił na przetarg osiemnastoletniego Arguna, tego samego, na którym sam kiedyś startował i na którym laury zdobywał m.in. Władysław Byszewski. Maciek zapytał, czy wezmę konia do siebie, bo jeśli nie, to zwierzak wpadnie w ręce handlarzy, a wówczas na pewno wyląduje w rzeźni. Nazajutrz Argun był już u mnie, Ponoć dyrektor długo zachodził w głowę, co się z koniem stało; ale nie wiem, czy kiedykolwiek zdołał dojść prawdy...

      Argun trafił pod skrzydła Lesława Kukawskiego w roku 1965. Był w znakomitej dyspozycji, do tego spokojny, opanowany, lubiący ludzi, zupełnie jak nie wierzchowiec z przeszłością wyścigową, a taką również miał.

-      Chodził u mnie luzem po nieogrodzonym terenie, bawiłem się z nim jak z psem: raz on mnie gonił, raz ja jego. Miał tylko jedną wadę: mężczyznom nie podawał nóg do czyszczenia, kobietom za to, nawet cztery naraz. Był znakomity pod siodłem, świetnie skakał, nigdy nie wyłamywał. Wielu lubiło na Argunie jeździć, m.in. znany artysta, Andrzej Grzybowski. Andrzej dosiadł go, jako ostatni... Tamtego, pamiętnego dnia, rankiem, pojechał na nim na oklep przekąpać się w jeziorze. Wrócili po jakiejś godzinie i to w doskonałej formie. W południe koń nie żył, padł nagle na zawał.

      Kiedy zabrakło Arguna, gospodarz wydzierżawił na kilka lat Alta, ogiera sierakowskiego, ten zachorował na raka i stracił wzrok.

-      Dopóki było można, chodziłem z nim na spacery, byłem jego białą laską...

      Po odejściu Alta, Lesław Kukawski nie zdecydował się już na kupno, czy dzierżawę kolejnego wierzchowca, choć z końmi wciąż miał do czynienia, przede wszystkim, jako sędzia PZJ. Pełnił funkcję arbitra w zawodach zaprzęgowych, skokowych i WKKW. Z tych ostatnich wycofał się, gdy na jego oczach zginął Jacek Daniluk...

-      Przeżycie tak traumatyczne, że nie byłem już w stanie dłużej entuzjazmować się tą dyscypliną.

      Sam Kukawski, nigdy nie był zawodnikiem, wierzchem zaczął zresztą jeździć stosunkowo późno, bo dopiero podczas studiów, co nie zmienia faktu, że garnął się do koni od dziecka i nikt, nawet on sam, nie wie dlaczego. Mało tego, od najmłodszych lat marzyła mu się służba w kawalerii! Ilekroć jednak o tym wspominał, jego mama (ojciec zmarł, gdy miał 9 miesięcy) – odwodziła go od tego pomysłu, mawiając, że jak już tak bardzo chce do wojska, to niech wybierze sobie jakąś mądrzejszą formację, np. artylerię.

-      Ta absolutnie nie wchodziła w grę, bo tam biorą dobrych matematyków, a ja byłem tak słaby z tego przedmiotu – śmieje się Kukawski – że nawet maturę zdałem tylko dzięki ściągawkom kolegów.

                              Znajomości...

      Zdał maturę, dostał się na studia, na Uniwersytet Jagielloński. Był ostatnim rocznikiem, który dostąpił zaszczytu zgłębiania rolnictwa w najstarszej polskiej uczelni; jego młodsi koledzy studiowali już w wyższych szkołach rolniczych.

-      A mama mówiła, nawet nie wiem dlaczego - wspomina Lesław Kukawski - że jakbym kiedyś zamierzał studiować, to byle nie w Krakowie... Tam jednak było mi najbliżej: w 1944 roku przenieśliśmy się bowiem z rodzinnego Lwowa do Dołuszyc koło Bochni, tych samych, w których majątek miał brat Lucjana Rydla.

      W Dołuszycach, jako czternastolatek, najmował się do powożenia parokonnym zaprzęgiem. Na debiut w siodle musiał jeszcze parę lat poczekać... do praktyk studenckich w podkonińskiej Stadninie Koni w Nieświastowie.

-      Pierwsze jazdy na lonży były straszne, wszystko mnie bolało, ale ani przez chwilę nie myślałem o zaprzestaniu hipicznej edukacji. Przeciwnie! Bardzo też podobała mi się robota w stadninie. Postanowiłem zostać w Nieświastowie dłużej, a było to o tyle możliwe, że od studentów nie wymagano wówczas codziennej bytności na uczelni, wystarczyło, ażeby w terminie zaliczali kolokwia i egzaminy.

Po kilku miesiącach, jako słuchacz drugiego roku, przeniósł się na stanowisko asystenta Stada Ogierów w Gnieźnie. Pracę z nauką godził, jak w Nieświastwowie, bez najmniejszych kłopotów. Niewiele jednak brakowało, by te pojawiły się i poważnie skomplikowały mu życie... Na trzecim roku otrzymał bowiem skierowanie na siedmiomiesięczną praktykę do jakiegoś PGR-u. Odrywanie go, i to na tak długo, od pracy stanowiącej samą w sobie doskonałą praktykę zawodową, było oczywistym nonsensem; na nic jednak zdawały się próby wyjaśnienia i przekonania władz uczelni.. Żak swoje, dziekan swoje. Na szczęście, za studentem wstawił się ówczesny dyrektor Stada, Czesław Matławski i wystosował list do Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego. Prosił w nim, by jednak Kukawskiego pozostawić w Stadzie, bo zna je, jak własną kieszeń, a jego nieobecność może nawet zaważyć na prawidłowym funkcjonowaniu przedsiębiorstwa. Ministerstwo bajkę kupiło, prośbę rozpatrzyło pozytywnie, a dziekan... zaczął kłaniać się studentowi w pas i jako pierwszy mówić mu dzień dobry... „Ten to ma znajomości!” – tak sobie to zapewne tłumaczył.

Znajomości, w dobrym tego słowa znaczeniu, rzeczywiście miał sporo, z biegiem lat coraz więcej. Stykał się i styka z koniarzami rozmaitych szczebli, bywał wśród jeźdźców bardzo znanych, także tych, którzy zdążyli obrosnąć w legendę, choćby mjr Leon Kon, czy ppłk Karol Rómmel.. obaj, co ciekawe, nie pałający do siebie sympatią...

-      Wiem nawet skąd się wzięły te animozje, słyszałem na własne uszy od ppłk. Rómmla podczas przyjęcia, jakie zorganizowano po któryś zawodach w Lesznie. Na pytanie Jerzego Grabowskiego: czemu panowie się tak nie lubicie? – pułkownik odrzekł: Miałem kiedyś ogiera do sprzedania, mjr Kon był zainteresowany. Ledwie przyjechał, a już zaczął sprawdzać, czy koń ma jaja! Jeśli ja, oficer gwardii, mówię, że ma, to znaczy że ma! A on mnie tu śmie kontrolować???!!!!

Podobnych historyjek, anegdot Lesław Kukawski zna dziesiątki. Powie ktoś: ma co wspominać na emeryturze. Ma!... tylko... nie ma czasu. Całe dnie przesiaduje w archiwach, bibliotekach, we własnym gabinecie i pisze kolejne książki. Teraz pracuje m.in. nad „Orkiestrami kawaleryjskimi II RP”.

-      To co zapisane przetrwa wieki, co opowiedziane, gdzieś uleci...

Zostawiamy więc gospodarza, życzymy mu owocnej pracy i kierujemy się do wyjścia.

-      Zaraz, zaraz! Psa muszę zamknąć...

Piotr Dzięciołowski