Lusinowie końmi opętani

      Dąbrowska, Antczak, Lusina... Pisarka, reżyser, amazonka... Trzy postaci - jakże różne, jakże różnych profesji, różnego wieku, jakże wiele jednak mających ze sobą wspólnego... Gdyby bowiem Maria Dąbrowska dniami i nocami nie pisała „Nocy i dni” a Jerzy Antczak nie sfilmował tej powieści to... Aleksandra Lusina nie tylko nie wywalczyłaby tytułu mistrzyni Polski w skokach przez przeszkody ale najprawdopodobniej w ogóle nie przyszłaby na świat! Jej narodzinom, co zapewne brzmi dwuznacznie, przysłużył się zwłaszcza Jerzy Antczak. To on ściągnął do pracy w filmie wybitnego, znanego w kraju i poza granicami artystę płatnerza, zbrojarza, snycerza Jana Lusinę. Plastyk nie tylko wykonywał kozackie szaszki do „Nocy i dni” ale dostał angaż statysty wcielając się m.in. w postać generała Aleksandra Wasiljewicza Suworowa. I właśnie jako ów Suworow spostrzegł na planie... uroczego, znakomicie trzymającego się w siodle kozaka.

      - To musi być baba! - zwrócił się do kolegi.

      • Co ty wygadujesz, przecież ma wąsy.

      • E tam, wąsy są doklejone.

      • To się załóżmy?

      I założyli; Lusina wygrał.

      • To było prostsze niż umówienie się z tą dziewczyną na randkę. Chciałem wziąć ją na... chałwę. Kupiłem cały kilogram w Pewexie, ale Danusia – tak miała na imię – spytała tylko: a skąd pan wie, że ja tak bardzo lubię chałwę. Podziękowała i tyle ją tamtego dnia widziałem. Nazajutrz nabyłem dwa kilogramy pieczarek; scena powtórzyła się jota w jotę. W sumie siedem(!) razy dostawałem kosza, udało mi się dopiero, gdy Danusia przestała „robić” za kozaka a zaczęła statystować w kostiumach z epoki. Namiętnie ją wtedy fotografowałem, a że odbitki chciała zobaczyć jak najszybciej, odwiedzała mnie w ciemni.

      Taki był początek trwającej już przeszło trzydzieści kilka lat znajomości przypadkowych statystów z planu. Nim jednak stanęli na ślubnym kobiercu, wzajemnie się przekonywali do swoich pasji. ONA... oddana koniom bez reszty, ON wielbiący góry, ratownik GOPR, zafascynowany światem jaskiń, grotołaz nigdy w życiu nie siedzący w siodle. Kiedy ONA dzięki niemu przekraczała próg Jaskini Zimnej, jednej z najdłuższych w Tatrach, marzyła, by jak najszybciej się stamtąd wydostać - strach jednak przemilczała; kiedy ON za jej namową miał dosiąść konia, ani myślał protestować.

      • Byliśmy akurat na regionalnych zawodach w Nowym Sączu - opowiada Danuta Lusina - Konie stacjonowały u okolicznych chłopów i trzeba było je przeprowadzić na parkur przez całe miasto. A że nie miałam kogo wsadzić na mojego drugiego skoczka, wymyśliłam, że pojedzie na nim Jan - w końcu sześć kilometrów stępem na spokojnym wierzchowcu każdy pokona. Nie przewidziałam tylko, że prowadzący naszą grupę KKJK Andrzej Gołda, trener i zawodnik spóźni się na miejsce zbiórki a gdy zorientuje, która godzina przejdzie w kłus. Dotrzymując mu więc kroku odwróciłam się do Jasia i mówię: rób to, co ja, unoś się w siodle. Z duszą na ramieniu zerknęłam po chwili, a ten anglezował, jakby robił to od dziecka.

      • Bo jak się ma poczucie rytmu - wtrąca Jan Lusina - a kończyłem szkołę muzyczną - to anglezowanie nie jest żadną sztuką.

      • Zaskoczona tym, jak sobie znakomicie radzi, uspokoiłam się, niestety na krótko – kontynuuje pani Danuta. – Kiedy bowiem u bramy stadionu spiker zapowiedział: oto ekipa Krakowskiego Klubu Jazdy Konnej, Gołda przeszedł w galop, a wszystkie konie, jak to konie... pognały za przewodnikiem. Zamarłam, zleci mi ten Jano, zleci ale ja nic nie mogę zrobić. Tymczasem Jano nie tylko nie zleciał, ale wysiedział galop, jak zawodowiec. Dokonał cudu: został moim pierwszym uczniem, jak dotąd jedynym, który wielotygodniowy kurs jazdy konnej przerobił w kilkanaście minut! Niestety nie zdążyłam mu w tak krótkim czasie podać wielu teoretycznych wskazówek, choćby takich, jak trzeba się ustawić przy wierzchowcu wkręcając mu hacele w podkowy. Nie wiedział i stało się: koń narobił mu na szyję.

      • A jak mnie jeszcze nadepnął!

      Z czasem Jan Lusina na tyle podniósł swoje umiejętności, na tyle nabrał wprawy, że obok wyrobu broni na potrzeby filmów m.in.: „Czarnych chmur”, „Pana Wołodyjowskiego”, „Ogniem i mieczem”, „Pana Tadeusza”... mógł, jak jego żona, angażować się do scen konnych. Galopował ze sztandarem w polsko-enerdowskiej produkcji „Królewicz i żebrak”, której nota bene nigdy nie ukończono. Zdjęcia galopady pod Wawelem zdążono jednak nakręcić i to o piątej rano, by nie utrudniać mieszkańcom życia. Kiedy ruszyła kamera a w jej kierunku kawalkada koni, Lusina znalazł się w rzeczywistym niebezpieczeństwie. Chcąc ratować siebie i zwierzę, przewrócił konia. Wtedy jednak okazało się, że rekwizytor przywiązał drzewce chorągwi nie tylko do strzemienia ale i buta jeźdźca. Kiedy wierzchowiec podrywając się z ziemi ruszył przed siebie, pociągnął za sobą Lusinę aż kilkadziesiąt metrów. Dzięki Bogu nic się na nie stało: parę siniaków, zdarta skóra, ale na wszelki wypadek poturbowanego statystę zawieziono na pogotowie. Izba przyjęć o tak wczesnej porze wypełniona była po brzegi kontuzjowanymi pijaczkami. Kiedy mający już wszystkiego dość lekarz ujrzał po całonocnym dyżurze kolejnego pacjenta, tym razem... w szesnastowiecznym kostiumie z szabelką u boku, zaprotestował: tego proszę od razu do Kobierzyna! (adres podkrakowskiego szpitala dla psychicznie chorych).

      • Komiczne sytuacje zdarzają się nie tylko przy okazji scen z końmi i nie tylko na samym planie filmowym ale też w związku z nim – mówi Jan Lusina. – W „Sierotce Marysi”, również koprodukcji polsko-enerdowskiej pływały w Potoku Kościeliskim sztuczne gęsi, niestety okazały się zbyt ciężkie i wywrotne. Ktoś wymyślił, że trzeba zwiększyć ich wyporność... nadmuchanymi prezerwatywami. Pojechaliśmy więc z góralem, Jaśkiem Galicą do drogerii. W sklepie było pełno kobiet, kupowały jakieś kremy, kosmetyki a tu Jasiek nabrawszy odwagi zwrócił się do ekspedientki:

      • Sto kondomów poproszę! Ale - nie omieszkał dodać - na rachunek.

      • Dla kogo ten rachunek – spytała zarumieniona sprzedawczyni.

      • Dla sierotki Marysi i siedmiu krasnoludków!

      Danuta Lusina tak śmiesznych chwil nie przeżywała. Przyjemne owszem: kiedy np. Dzieweczka czyli Władysław Komar w „Przyłbicach i kapturach” wrzucał ją na siodło; niestety rejestrowała też momenty nerwowe: kiedy Siergiej Bondarczuk w koprodukcji ZSRR, Polski, Czechosłowacji i RFN realizował „Borysa Godunowa” (1986).

      • Międzynarodowy casting do roli Maryny Mniszchówny wygrała Adrianna Biedrzyńska - opowiada Danuta Lusina. – Jak wszystkie uczestniczki przesłuchań, także ona zapewniała o nienagannych umiejętnościach jeździeckich – to był zresztą warunek wystąpienia w filmie. O poziomie owych umiejętności naszej aktorki przekonałam się pierwsza, jako że zaproponowano mi nad nią opiekę trenerską. Mina mi zrzedła, kiedy zorientowałam się, z jakim lękiem wsiada i zsiada z konia. Była nadzwyczaj spięta, zdenerwowana; w końcu przyznała, że koń, którego zdarzyło jej się dosiadać podczas przejażdżki został skopany przez drugiego i ona od tej pory panicznie się boi. Boże, Mniszchówna ma przecież galopować w damskim siodle, do tego z sokołem na przedramieniu. Starałam się więc tworzyć, jak najspokojniejszą atmosferę zajęć, by tylko aktorka czuła się bezpiecznie. Czas jednak naglił, wreszcie się skończył, ruszyły zdjęcia. Adrianna Biedrzyńska zgodnie ze scenariuszem przegalopowała wyznaczony odcinek, ale o powtórnym ujęciu nie chciała słyszeć. Zsiadła z konia i oświadczyła, że więcej nie wsiądzie. Bondarczuk zirytował się ale cóż mógł zrobić. Dziewczyna powiedziała: nie i koniec! Zastąpiłam więc ją na tyle, ile mogłam i pogalopowałam jako ta Biedrzyńska-Mniszchówna. W planach jednak były również ujęcia w pełnych zbliżeniach - tego żaden dubler nie zagra. I wtedy mój Jano wymyślił, żeby rozstawić drabinę, a na jej szczycie zamontować siodło. Takiego konia Biedrzyńska dosiadła bez lęku, umyślni trzęśli nią, by wyglądało, jak w galopie. Kino po raz enty oszukało widza.

      Dla Danuty Lusiny praca w filmach była przede wszystkim przygodą. Jej prawdziwe życie od zawsze koncentrowało się wokół koni. Startowała, trenowała, uczyła. Raz nawet w Zawadzie koło Dębicy wygrała z samym Janem Kowalczykiem. Kibice byli zaskoczeni i to pewnie w niemniejszym stopniu, niż wiele lat później, gdy młodsza córka Danuty, Aleksandra, pokonała na zawodach w konkursie Grand Prix w Zakopanem Grzegorza Kubiaka!

      • Odniosłam rzeczywiście spektakularny sukces - mówi Ola. – Ważniejszym jednak było nie to z kim wygrałam, ale na jakim koniu! Startowałam wtedy na Żabie, klaczy, na której zresztą wjechałam do kadry juniorów, a którą świat jeździecki zdążył skazać na śmierć. Stwierdzono u niej raka kopyt, kierownictwo Stadniny w Strzelcach Opolskich - wówczas w likwidacji - wydało wyrok. Ani moi rodzice, ani ja - wówczas kilkunastolatka - nie mogliśmy pojąć, jak można tak zasłużonego dla sportu konia wysyłać do rzeźni. Tata wykupił go i to dosłownie w ostatniej chwili. Nikt oczywiście nie przypuszczał, że zwierzę, choć w niewielkim stopniu odzyska sprawność, Żaba nie dawała nawet rady samodzielnie wychodzić z boksu... A jednak!!! Wyzdrowiała dzięki mojej mamie, która wykorzystując swoje „nieużywane” już wtedy wykształcenie chemiczne, wertując podręczniki weterynaryjne i zasięgając języka nawet u lekarzy bezradnie rozkładających ręce sporządziła, jak się okazało, cudowną miksturę. Codziennie, a trwało to tygodniami, nakładała lekarstwo na chore kopyta, skalpelem wycinała uszkodzone fragmenty i... Żaba znów zaczęła pokazywać się na parkurach. Skakała rewelacyjnie, a na mokrym podłożu, nie miała sobie równych.

      Na tej klaczy Aleksandra Lusina osiągała pierwsze znaczące sukcesy, jako piętnastolatka zdobyła m.in. tytuł Mistrzyni Polski Południowej Juniorów w Ochabach. W sumie startowała na ocalonej kobyle trzy lata. Przez kolejne i to długie, Żaba z powodzeniem służyła dzieciom.

      • W roli profesora spisywała się znakomicie, podobnie jak angloarabka Falanga, którą także zawróciliśmy z rzeźni - wspomina Danuta Lusina. - Wykupiliśmy ją w wieku osiemnastu lat, odeszła w dwudziestym siódmym roku życia. Iluż ludziom pokazała, na czym polega jeździectwo, nie sposób policzyć!!! Wiele sezonów była jednym z podstawowych koni na prowadzonych przeze mnie wczasach w siodle.

      Na tych wczasach pierwsze jeździeckie kroki stawiała też Aleksandra Lusina...

      • Nic podobnego – zaprzecza Ola. – Pierwsze kroki, robiłam... nim przyszłam na świat, startowałam nawet w poważnych konkursach! Moja mama jeździła ze mną, tak jak z moją starszą siostrą, Joanną, niemal przez całą ciążę. Takie więc były moje prawdziwe hipiczne początki... (śmiech)

      • Ola, gdy byłam z nią w ciąży, nie tylko zaczęła już poznawać jeździectwo od podszewki – dopowiada matka – ale doświadczyła też w tamtym czasie chwili wyjątkowej: kilka miesięcy przed przyjściem na świat została pobłogosławiona przez Jana Pawła II. Miałam niebywałe szczęście być dopuszczoną do tzw. sektora zerowego podczas pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego i dzięki temu „wkręcić się” w kolejkę czekających na Komunię Świętą. A wszystko dzięki mojemu Jaśkowi, który na Jasnej Górze zdobił metalowymi ornamentami Bramę Papieską – swoje największe dzieło zaprojektowane przez prof. Wiktora Zina specjalnie na przyjazd Jana Pawła II. Wizyta Papieża była wielkim wydarzeniem dla większości Polaków, ale mieć okazję stanąć tak blisko niego, zamienić z nim kilka słów, życzyć mu zdrowia to coś niezwykłego – ze wzruszeniem wspomina Danuta Lusina. – Jestem zresztą pewna, że choć Ola nie uczestniczyła jeszcze w tym wydarzeniu świadomie, to zapewne siła, którą obdarował ją Ojciec Święty, pomaga jej osiągać kolejne sukcesy.

      Nim owe sukcesy zaczęły przychodzić, Aleksandra Lusina musiała zmierzyć się z rzeczywistym światem koni. Najpierw zaliczała z mamą wypady w teren w jednym siodle - galop też był, a jakże! – w wieku trzech lat dosiadła po raz pierwszy najprawdziwszego, choć małego wierzchowca, kuckę imieniem Shendi. Kiedy po dwóch okrążeniach ujeżdżalni mama zorientowała się, że dziewczynka anglezuje już jak doświadczona amazonka, odpięła lonżę

      • I pojechałam... dokładnie tam, gdzie chciała klacz; prosto w jabłonki. Spadłam i wrzeszcząc: już nigdy w życiu nie będę jeździć konno!!! poszłam spłakana do strumyka bawić się kamyczkami.

      Na szczęście z jeździectwem przeprosiła się już po tygodniu. Wiele lat trenowała w Krakowskim Klubie Jazdy Konnej, pomagała też mamie w szkoleniu nowicjuszy będąc czołową zastępu. Kiedyś, prowadząc wolnym stępem dwudziestu początkujących jeźdźców, znudzona zasnęła w siodle i zjechała na ziemię. Tym razem jednak nie zarzekała się, że już nigdy nie wsiądzie.

      Wsiadła, najpierw próbowała swoich sił w ujeżdżeniu pod okiem Ewy Brzezowskiej-Maciągiewicz, uczennicy majora Adama Królikiewicza.

      • Cóż to była za kobieta! – mówi Ola. – Wymagająca i to nie tylko znakomitego dosiadu ale też kultury słowa, zachowania, czystych butów i uprasowanej bluzki... tak w życiu, jak w stajni, czy na ujeżdżalni. Boże, ileż razy musiałam ćwiczyć ukłon na czworoboku, nim pozwoliła mi rozpocząć trening stricte jeździecki. Czy dziś ktoś jeszcze zwraca na to uwagę???

      Treningi w KKJK, te ujeżdżeniowe i skokowe dały Oli, jak sama zresztą podkreśla, wiele i gdyby klub dysponował końmi z najwyższej półki, pewnie jeździłaby w jego barwach do tej pory. Nie dysponował, skorzystała więc z propozycji hodowcy Mieczysława Rusinka i zaczęła dosiadać jego wierzchowców, przede wszystkim Adriana, wybitnego ogiera hodowli austriackiej.

      • Kiedy go wzięłam, bał się skakać, ktoś pewnie zbyt szybko chciał osiągnąć z nim sukces i... zniechęcił konia do jakiejkolwiek aktywności na parkurze. Zaczęłam z nim pracować od zera. Najpierw się zaprzyjaźnialiśmy – to bardzo ważne! Jeśli zyskasz zaufanie, koń pozwoli ci na znacznie więcej. Pozwolił, pokonywaliśmy przeszkody wysokości 140 centymetrów.

      • Pracowała pod presją, zdawała sobie sprawę, że jeśli nie będzie z Adrianem osiągać wyników, ten trafi w inne ręce - komentuje Danuta Lusina. – Była więc najszczęśliwsza na świecie, gdy po kolejnym zwycięstwie w Swoszowicach Mieczysław Rusinek powiedział: jest twój!!! Kilka dni później oddał Adriana innemu zawodnikowi. Brakuje słów, by oceniać takie zachowanie, zwłaszcza wobec kilkunastoletniej dziewczynki. Cóż, nie każdy ma kindersztubę, jaką emanowała nieżyjąca już Ewa Brzezowska-Maciągiewicz.

      Po tym zdarzeniu Ola opuściła stajnię Rusinka... ze stratą dla owej stajni. Trenowała w różnych klubach i pod okiem różnych trenerów m.in. Karstena Huck`a, mistrza Niemiec, brązowego olimpijczyka z Seulu. Odnosiła, odnosi dziesiątki mniejszych i większych sukcesów, z tym największym - Mistrzostwem Polski w skokach przez przeszkody 2007. Mistrzostwem, które zdobyła, jako jedyna kobieta w historii rodzimego jeździectwa.

      - Popłakałam się wtedy, Janowi też pociekły łzy – nawet w telewizji pokazali, ale co tam, to wielkie szczęście dożyć podobnej chwili – mówi mama Oli. - Pamiętam, nawet, co wtedy powiedziałam: już mogę umrzeć!

      Nie tak prędko, nie tak szybko! Mistrzowski tytuł chciałaby też zdobyć trzynastoletnia Karolina, kolejna lusinowa amazonka, wnuczka trenująca właśnie pod palcatem pani Danuty. Pierwsze efekty już są: brązowy medal w skokach młodzików! Zapewne wkrótce będą następne. Treningi są przecież dla Karoliny już codziennością, nawet nie wyobraża sobie funkcjonowania bez nich. Bo w tej opętanej końmi rodzinie, każdy jej członek - jak to określa Aleksandra - skazany jest na jeździectwo. Żona nauczyła męża, matka nauczyła córki – (starsza Joanna, co prawda nie związała się z jeździectwem zawodowo ale jest instruktorką, hodowała małopolaki) – babcia nauczyła wnuczkę... A po kim odziedziczyła zamiłowanie do koni sama Matka Rodu, Danuta Lusina???

      • Gdybyśmy rozmawiali kilka lat temu, powiedziałabym, że nie mam pojęcia, że samo przyszło, ale dodałabym też, że nie wierzę w taką hipotezę. Jeździeckie geny musiałam mieć od zawsze. Tylko po kim, po dziadku piekarzu? Pół wieku czekałam na poznanie prawdy, wyjawiła mi ją siostra mojej przedwcześnie zmarłej mamy, Władysławy. Okazało się, że moim prawdziwym dziadkiem był ułan z Grudziądza!!! Nazywał się Zbanyszek, imienia do tej pory nie ustaliłam. Babcia Helena zaszła z nim w ciąże, ale ślubu nie wzięli, bo dziadek śmiertelnie się zranił w trakcie przeładowywania broni. Mieli się pobrać w ostatnich godzinach jego życia, kiedy jednak babcia dotarła do szpitala, było już po wszystkim. Historia smutna i wzruszająca, ale dzięki niej poznałam swoje korzenie. Zrozumiałam też, dlaczego tak kocham konie, dlaczego tak je kochają moje córki i wnuczka, dlaczego Ola osiąga tak znakomite wyniki.

      Jana Lusinę też rozpiera duma z racji jeździeckich laurów zdobywanych przez Aleksandrę. Artysta nie ukrywa jednak, że trochę mu żal, iż córka nie poszła w jego ślady, nie oddała się sztuce, zwłaszcza że talent ma nieprzeciętny. Już dawno temu zwrócił na niego uwagę szwagier ojca, dziekan Wydziału Rzeźby krakowskiej ASP, Krzysztof Kędzierski. Nie mógł się nadziwić, jak Ola portretuje konie, jaką ma lekką rękę. Stąd zresztą pomysł, by dziewczynka kontynuowała naukę w liceum plastycznym. Za rysunki i rzeźbę przedstawione komisji egzaminacyjnej otrzymała same szóstki, niestety potknęła się na jednym z egzaminów pisemnych...

      • I całe szczęście - mówi po latach. - Gdybym zamiast do szkoły sportowej poszła do liceum plastycznego, nie odnosiłabym jeździeckich sukcesów, nie miałabym czasu na codzienne treningi, nawet przez moment nie mogłabym marzyć o wielkich startach...

      ... za dwa lata Igrzyska Olimpijskie