Może ktoś kiedyś dzieła dopełni...

      Jedni patrzą na nich z podziwem, inni jak na świrów a oni wymachując szabelką, organizując turnieje rycerskie, spektakle historyczne przybliżają dzieje Europy i promują Polskę w świecie. - To też służba Ojczyźnie - mówi Jarosław Struczyński, kasztelan gniewski, porucznik husarski.

      Jest 10 lipca 1559 roku. Francja świętuje rozejm z Hiszpanią. Z tej okazji wzdłuż paryskiej ulicy Saint-Antoine odbywa się turniej rycerski. Uczestniczy w nim między innymi francuski król Henryk II. Monarcha wygrywa wszystkie pojedynki, ale że wciąż mu mało, namawia kapitana gwardii szkockiej, Gabriela Montgomery`ego, by ponownie stanęli do „gonitwy parami na ostre" - przeciwnicy najeżdżają na siebie konno galopem i próbują kopiami wysadzić się z siodła. Ruszyli! Henryk II ignoruje jednak elementarne zasady bezpieczeństwa; chcąc lepiej widzieć kapitana, unosi przyłbicę. Drzazga trafia go w oko. Król ginie...

      - Podczas współczesnych turniejów zwanych joustingowymi, organizowanych zresztą jak ten z udziałem Henryka II, w zgodzie ze wszelkimi historycznymi regułami, taka sytuacja jest nie do pomyślenia - wyjaśnia Jarosław Struczyński, porucznik chorągwi husarskiej marszałka województwa pomorskiego. - Nikt nie tylko nie dopuści do starcia zawodnika z podniesioną przyłbicą, ale zakaże mu udziału także wtedy, gdy jego zbroja nie odpowiada określonym normom. „Na ostre" to nie przelewki. Zawodnicy zmierzają ku sobie z prędkością około trzydziestu kilometrów, uderzenie ma ogromną siłę. Bagatelizując zasady, nietrudno o groźny wypadek.

      Na szczęście nasi rycerze mogą czuć się bezpieczni - ich czterdziestokilogramowe zbroje wychodzą spod igły samego Macieja Kotlarza, jednego z najbardziej cenionych płatnerzy w Europie. Nawet najdrobniejszy detal, nie dość, że wykonuje w zgodzie z pierwowzorem to z najsolidniejszych materiałów. Kotlarzowe odzienia sprawdzają się we wszystkich kategoriach turniejowych. I w sportowej, w której ciosy wolno zadawać jedynie w tors, i w historycznej, w której przeciwnika okłada się wszędzie, nie oszczędzając nawet głowy. W każdej natomiast kategorii obowiązuje bezwzględny zakaz atakowania konia - nawet przypadkowe trafienie wierzchowca powoduje natychmiastową dyskwalifikację zawodnika.

      Rycerze muszą więc wykazać się nie lada umiejętnościami. Zwycięstwo jednak odnieść niełatwo, zwłaszcza w próbie historycznej: wymaga ono bowiem nie tylko powalenia przeciwnika, ale także zatańczenia na oczach gawiedzi z dworską damą, wygrania partii szachów oraz oddania z siodła celnych strzałów z łuku.

      W Polsce turnieje rycerskie ochrzczone imieniem byłego starosty gniewskiego, króla Jana III Sobieskiego, odbywają się w Gniewie od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Początkowo miały więcej z inscenizacji historycznych niż z klasycznych starć konkursowych.

      - Nie bardzo wiedzieliśmy, jak takie profesjonalne turnieje organizować, przeprowadzać je w zgodzie z tradycją a zarazem w atrakcyjnej formie - wspomina Jarosław Struczyński. - Dopiero kontakt z Fredericem Piraux, animatorem europejskiej i światowej ligi joustingowej, który zaprosił nas w 2006 roku na turniej do siebie do Belgii pozwolił dokładnie nam się przyjrzeć tego typu przedsięwzięciu. Fred chciał nawet, byśmy wystartowali, kiedy jednak zobaczyliśmy, co inni potrafią, miny nam zrzedły.

      Na krótko! Ledwie wrócili do Gniewu zaczęli trenować i siebie, i konie. Ćwiczyli całymi dniami ponad siły. Opłacało się! Zaledwie kilka miesięcy później urządzili w Gniewie turniej, co prawda jeszcze nie w ramach ligi joustingowej, ale już w oparciu o jej zasady. Zaprosili rycerzy z za granicy - ci nie mogli wyjść z podziwu... A przecież to były dopiero nieśmiałe igraszki...

      Obecnie kasztelan Struczyński jest członkiem zarządu międzynarodowej ligi joustingowej (IJL), organizatorem jednego z najbardziej prestiżowego na świecie międzynarodowego turnieju gniewskiego; biorą w nim udział rycerze wielu państw. Polacy radzą sobie doskonale: nasz najlepszy - Jarosław Struczyński - na czterdziestu ligowych zawodników Europy plasuje się na dziewiątym miejscu (rywalizacja drużynowa nie istnieje). Byłby nawet wyżej, gdyby miał czas startować częściej. Przykładem w każdym razie świeci, a jego chorągwianych rycerzy rozpiera duma, że mają takiego porucznika.

      Chorągiew husarską w Gniewie powołał pięć lat temu Jan Kozłowski, Marszałek Województwa Pomorskiego. Zrzesza ona dwudziestu siedmiu... menadżerów, policjantów, przedsiębiorców - ludzi rożnych zawodów, którzy historie i konie miłują ponad wszystko. W kolejce czeka sześciu kandydatów na żołnierzy - dopiero złożyli wnioski o regestr, ale czy zostaną przyjęci, zależy od spełnienia przez nich kilku warunków. W ciągu roku muszą sprawić sobie konia z rzędem, zbroję, pistolet, szablę, żupan, delię, buty - koszt bez wierzchowca - circa pięćdziesiąt tysięcy złotych!!! Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że ogromny wydatek przesądza o zdobyciu chorągwianych szlifów. Nic podobnego. Uzbrojony, odziany kandydat musi jeszcze stanąć przed najtrudniejszą próbą: wziąć udział w kampanii ukraińskiej. Wyzwanie trudne, ale kto pragnie kultywować tradycje siedemnastowiecznej, najpotężniejszej i najsprawniejszej w Europie polskiej jazdy, zadaniu musi sprostać. Polega ono na uczestnictwie w bitwie w Kamieńcu Podolskim organizowanej w ramach cyklicznie odbywającego się festiwalu Terra Heroica. Dla widzów wspaniała rozrywka, dla bohaterów zadanie ekstremalne.

      - Obecni kandydaci na husarzy mają o tyle łatwiej, że szlak przetarliśmy już przed trzema laty i wiemy czego można się spodziewać. Nasza pierwsza wyprawa przypominała koszmarny sen...

      Pojechali bez koni - takie panują zwyczaje, że przyjezdni z innych krajów dosiadają wierzchowców przygotowanych przez gospodarzy. Konie dla Polaków stacjonowały zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów od Kamieńca - rzut beretem. Niestety dojazd trwał przeszło dwie godziny, bo samochód co chwilę zakopywał się w błocie. Kiedy wreszcie dotarli na miejsce, dowiedzieli się od stajennego Dymitra, że ich wierzchowce pasą się na tyłach gospodarstwa.

      - Udałem się z żołnierzami na łąkę, a tam na stu hektarach ze czterysta klaczy - wspomina kasztelan. - Pytam, więc, które dla nas?

      - Te, które sobie złapiecie - odpowiada. Myśleliśmy, że żartuje, on tymczasem najzupełniej serio. Po chwili dodał:

      - ale dla naczelnika - czemu tak mnie nazwał, nie mam pojęcia - jest koń w stajni. Zajrzałem do boksu:

      - Toż to ogier - mówię.

      - Ano ogier, młodziutki, ma dwa i pół roku.

      - A chodził kiedyś pod siodłem?

      - Nuuuuu, jakieś trzy miesiące temu.

      - To ja dziękuję.

      - Ale naczelnik, no co ty??? Nie może być, żeby naczelnik na klaczy paradował, jak tu taki krasiwy kary ogier stoi.

      - Głupio mi się zrobiło, zawołałem jednego z żołnierzy, byśmy wspólnie tego konia osiodłali.

      Osiodłać jeszcze się udało, ale jak karego wyprowadzili, a ten poczuł klacz na klaczy, to ledwie dali radę go utrzymać. Wtedy Dymitr, zaproponował, że sam wsiądzie i przegalopuje ogiera, by nadał się do kamienieckiej bitwy. Jak powiedział tak zrobił i... tyle go widzieli.

      - Najgorsze, iż koń poniósł w moim historycznym ogłowiu. Dobrze, że jakiś czas później w ogóle je odzyskałem.

      Chcąc nie chcąc porucznik musiał dosiąść klaczy.

      - Tym akurat się nie przejmowałem, przerażało mnie za to i nie tylko mnie, że te konie, które, jak nas zapewniano - grały w filmach i tak świetnie były ujeżdżone, nic nie umiały, nie reagowały na pomoce, a niektóre nigdy nawet nie chodziły pod siodłem. Zarządziłem więc błyskawiczny półtoragodzinny trening, ćwiczyliśmy m.in. ustawienie do szarży. Na więcej nie starczyło czasu: bitwę zaplanowano na siedemnastą, a była już dziesiąta. Dałem więc sygnał do wymarszu. Kiedy tylko ruszyliśmy, zaczęło lać. Moi żołnierze czuli się coraz bardziej zniechęceni. Jako dowódca, coś z tym fantem musiałem zrobić.

      - Panowie - rzekłem - w Kamieńcu Podolskim naszej husarii nie było od I rozbioru Rzeczypospolitej, będziemy pierwsi! To zdanie wystarczyło, by humory przynajmniej odrobinę się poprawiły, wkrótce zresztą wyszło słońce i były już całkiem dobre.

      W Kamieńcu okazało się, że konie nigdy nie widziały zbroi. Na sam widok zaczęły szaleć, jak poparzone, a kiedy jeszcze żołnierze przypięli sobie skrzydła, trudno opisać, co wyrabiały. Dobrze, że miały już w nogach sporo kilometrów, bo nie wiadomo, jakby to wszystko się skończyło. Do chwili rozpoczęcia walk zrobiły jeszcze kolejne dwadzieścia, ażeby oswoić się z rycerskim ekwipunkiem. Podczas ceremonii otwarcia festiwalu były tak spokojne, że zaskoczyły nawet husarzy; kiedy rozległa się armatnia kanonada, stały jak zaczarowane.

      - Ukraińcy mieli rację - przyznaje porucznik - te konie musiały już grać w filmach, niekoniecznie jednak pod siodłem, ale na pewno zdążyły osłuchać się z hukiem wystrzałów i dlatego nie wpadły w popłoch. Zmęczenie nie miało tu nic do rzeczy.

      Miało za to dla żołnierzy. Jeden z nich ze łzami w oczach wyznał, że po siedmiu godzinach w siodle jego cztery litery są w takim stanie, że on husarskiego honoru nie da rady bronić, nawet jakby go ogniem przypalali.

      - Najpierw powiedziałem „nie”, bo i tak było nas niewielu a skonani przecież wszyscy; sam zresztą, ległem na trawę i myślałem, że się już nie podniosę. Kiedy jednak ów żołnierz oznajmił, że załatwił zastępstwo, uspokoiłem się. Okazało się, że w tłumie żołnierzy pieszych znalazł Tomasza Baturo spod Kętrzyna, znakomitego jeźdźca, co to okiełznał kilkadziesiąt koni a prawie dwadzieścia trzymał własnych. Miałem nosa, że się na tę podmiankę zgodziłem, bo dziś jest jednym z najznamienitszych husarzy gniewskiej chorągwi.

      I tak w pełnym, trzynastoosobowym składzie stanęli nasi na polu bitwy. Zgodnie ze scenariuszem mieli wykonać trzy szarże na kryjących się w szańcach moskali i Ukraińców.

      - Ruszyliśmy na wroga, a tu cisza, słychać tylko tętent kopyt - wspomina porucznik. - Żadnych wystrzałów, a zazwyczaj w takich inscenizacjach rozlegają się one od razu, by nie zaskakiwać koni w ostatnim momencie. Ale na Ukrainie, jak na prawdziwej wojnie. Strzelanina i to ze wszystkich stron rozpętała się dopiero, gdy byliśmy jakieś dwa, może trzy metry od szańców. Ogień z luf popalił nam pióra, konie zaczęły wariować, na dodatek Tomkowi pękł popręg i spadł, ale najgorsze, że jego wierzchowiec poniósł w tłum. Kilkadziesiąt sekund później usłyszeliśmy sygnał karetki pogotowia. Boże! - pomyślałem - pewnie ludzie stratowani, może nawet ktoś zginął... Oblał mnie zimny pot. Na szczęście ambulans jechał do fotoreportera, który spadł z wysokości, bagatela, czterdziestu metrów... i nic sobie nie zrobił. Wierzchowca natomiast udało się szybko złapać.

      Następne szarże przebiegały już spokojniej, bo i ludzie, i konie wiedzieli, czego się spodziewać. Wreszcie zawarto pokój. Widzowie bili brawo, wrogowie ściskali sobie prawice, przekazywali słowa uznania, a nasi husarze marzyli choćby o chwili wytchnienia. Niestety nieprędko było im dane odsapnąć. Zbliżał się wieczór, zapadał zmierzch, a konie musiały jeszcze tego dnia dotrzeć do stajni... kolejne dwadzieścia pięć kilometrów! Pomysł, by broń i zbroje załadować do furgonetki upadł, bo milicja na wojenną okoliczność zablokowała ruch. Husarze ewakuowali się więc z placu boju w pełnym rynsztunku. Samochód dogonił ich dopiero po sześciu kilometrach. I choć od tego momentu jechało im się lżej to jednak zmęczenie nadzwyczaj doskwierało. Cały dzień w siodle, w sumie już kilkanaście godzin, a następnych kilka jeszcze przed nimi i żadnej alternatywy.

      - Niektórym leciały łzy... podobno mężczyźni nie płaczą. Sam miałem wszystkiego dość, zacząłem się zastanawiać, po co mi ta zabawa. Do tego coraz bardziej dokuczał mi kręgosłup. Zorientowałem się, że to od siodła, które przesunęło mi się podczas tej pierwszej szaleńczej szarży, a znużony zapomniałem poprawić. Zsiadłem więc po nocy, przesiodłałem konia, samemu jednak nie dałem już rady wsiąść, bo buty ugrzęzły mi w tak głębokim błocie, że jakikolwiek ruch nogą był niemożliwy. Panowie, pomóżcie! zwróciłem się do żołnierzy... I tak ruszyliśmy w dalszą drogę. Wciąż jednak nie zdawałem sobie sprawy, że znaleźliśmy się w sytuacji, jaka mogła wydarzyć się na prawdziwej wojnie. Nie przewidziałem tego, co jako dowódca przewidzieć powinienem i na przykład nie wyznaczyłem straży: ani przedniej, ani tylnej. Kiedy grubo po północy dobrnęliśmy na miejsce okazało się, że brakuje dwóch żołnierzy. Odnaleźli się dopiero kilkadziesiąt minut później wściekli na nas jak diabli, przede wszystkim na mnie. Ich gniewski gniew sięgał zenitu. I nie dziwota. Ciemności były przecież takie, że z łatwością mogli zabłądzić. Najważniejsze jednak, że wszystko skończyło się happy endem. I jestem dumny, że zaliczyłem taką przygodę. Nie tylko dlatego, że mam co wspominać, ale że związała uczestników tej ukraińskiej eskapady na dobre i złe. Pewnie dlatego dziś w naszej Chorągwi jeden za wszystkich, wszyscy za jednym stoją.

      I kto by przewidział, że taka formacja wyrośnie na gniewskich ruinach! A wszystko w ogromnej mierze właśnie za sprawą Jarosława Struczyńskiego, gniewianina z urodzenia, którego starszy brat zaraził miłością do historii. Co prawda, Jarosław ukończył politechnikę, ale zaraz po studiach wrócił do Gniewu i wygrywając w 1990 roku konkurs na dyrektora Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury poprosił burmistrza, by ten wyraził zgodę, ażeby placówka przejęła opiekę nad zamkiem. Nad zamkiem - określenie przesadne, chodziło raczej o pieczę nad tym, co po nim zostało w efekcie pożaru w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Burmistrz pomysł zaakceptował a dyrektor skrzyknął znajomych oraz młodzież i wspólnymi siłami zaczęli porządkować teren. W sukurs paradoksalnie przyszło... bezrobocie; burmistrz w ramach organizowanych wówczas robót publicznych oddelegował do prac zamkowych sto pięćdziesiąt osób; w następnym roku już trzysta. Niespodziewanie odbudowa stawała się coraz poważniejszym przedsięwzięciem.

      - Przy okazji zamkowych porządków znalazłem na śmietniku stare podarte projekty adaptacji zamku z lat 60-tych. Pojechałem z nimi do Gdańska, do Henryka Panera dyrektora Muzeum Archeologicznego, przedstawiłem mu swoją wizję, a on ani mnie nie wyśmiał, ani nie wyrzucił. Wspólnie zaczęliśmy opracowywać nierealną na owe czasu koncepcję zagospodarowania wzgórza i odbudowy zamku, ale mimo wysoko zawieszonej poprzeczki udawało się ją powoli realizować. Czasem na zupełnie wariackich papierach. Oto bowiem dowiedziałem się, że miejscowa fabryka keramzytu od dawna zalega gminie z podatkami, jednak na poczet długu może dostarczyć żelbetowe stropy. Znowu więc mieliśmy front robót. Potem rada miasta dała m.in. na ściany działowe, stolarkę i tak krok po kroczku posuwaliśmy się do przodu. I choć do dawnej świetności obiektu jeszcze bardzo, bardzo daleko, Gniew zamczyskiem znowu stoi.

      Jednocześnie z pracami budowlanymi prowadzono działalność kulturalną, popularyzatorską, urządzano wystawy i spektakle historyczne. Pierwszej pomocy udzielili myśliwi finansując adaptację sal i organizując wystawę łowiecką. Powstałe wówczas na zamku Centrum Myśliwskie obchodzi w tym roku swoje 15-lecie. Także piętnaście lat temu nastały w warowni konie. Kasztelan Struczyński skonstatował bowiem, że co to za zamek, w którym nie ma ani jednego wierzchowca. Zwerbował amatorów jeździectwa, sam również spróbował sił w siodle.

      - Miałem trzydzieści lat, nigdy wcześniej nie siedziałem na koniu i od razu zacząłem wyczyniać cuda uczestnicząc w gonitwach na nieujeżdżonych wierzchowcach. Zdarzało się, że spadałem pięć razy jednego dnia, z czego cztery nim zdążyłem wyjechać z zamku. W ten sposób zrobiłem przyspieszony kurs hipiczny, a umiejętności bardzo mi się przydały także wtedy, gdy na jakiś czas - z powodów różnych – musiałem opuścić zamek i wraz z moimi towarzyszami współtworzyć spektakle historyczne we Francji, Szwajcarii, Niemczech... Tak to zresztą od dwunastu lat, przy okazji rekonstrukcji bitwy grunwaldzkiej, wcielam się m.in. w Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego. Na zamek zgodziłem się wrócić w 2001 roku, dziś z kolei.... godzę się, że obiekt musi zostać przekazany w prywatne ręce, jako że ani naszej Fundacji Zamek w Gniewie, ani miasta i gminy nie stać na kolejne prace restauracyjne. A nie stać m.in. dlatego, że władze marszałkowskie ustanowiły, iż będą dofinansowywać kompleksowe programy rewitalizacji w miastach powyżej 35 tysięcy mieszkańców. Opracowany więc przez nas z ogromnym wysiłkiem program rewitalizacji zamku w Gniewie możemy wywalić na śmietnik. Może ktoś kiedyś znajdzie go, jak ja znalazłem stare plany, i dopełni dzieła...