Świat przeszłości i koloru

      „Siedział za dure* dni 14, rok 1931, Władysław Prokopiuk” – to jedno ze zdań wyrytych w celi przedwojennego aresztu śledczego w Janowie Podlaskim. Areszt, co prawda już nie istnieje – dworek, w którym się mieścił dawno rozebrano - ale drewniana belka z cytowanym napisem przetrwała w stanie nienaruszonym. Dziś zdobi korytarz klasycystycznego dworu Macieja Falkiewicza. Nie jedyny to zresztą eksponat w osiemnastowiecznych wnętrzach zajmowanych przez artystę. Malarz ceni wszystko, co dawne, co nawiązuje do przeszłości, co stanowi łącznik między obecnym a minionym czasem. Tu trąbka pocztowa, tam hełmy strażackie i wojskowe (niemiecki ”robi" za durszlak), drewniana brona wiązana jałowcem, żelazne pęta, stępora, łódź desantowa z II Wojny, pełny świeżego owsa kufer ze śladami po kulach.... Są też szyldy, jakie szewcy wywieszali na swoich zakładach, jest czerwona tabliczka: „Urząd Powiatowy w Białej Podlaskiej” - znowu aktualna, bo miasto znowu jest stolicą powiatu. Wciśnięta w kąt stoi jeszcze jedna czerwona... „Polska Zjednoczona Partia Robotnicza Komitet Gminny w Tucznej”. Ta, miejmy nadzieję, do łask nie wróci.

      Gros pamiątek znalazło się w domu Falkiewicza przez przypadek: coś okazyjnie kupił, dostał, znalazł. Sam zabiegał i zabiega przede wszystkim o akcesoria jeździeckie: ogłowia, wędzidła, siodła. Jest tego multum. Jedne nadają się do użytku; innych w opłakanym stanie żal wyrzucić. Artysta w ogóle niechętnie pozbywa się przedmiotów. Rozstań nie lubi nawet z własnoręcznie namalowanymi obrazami - to akurat ze szkodą dla nabywców, ale korzyścią dla odwiedzających go gości. W wielkiej sali o powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych jest na co popatrzeć. Płótno na płótnie: twarze, krajobrazy, zwierzęta. Pytany o swoje najlepsze dzieło, odpowiada, że takie jeszcze nie powstało. Pytany o ulubione – wymiguje się twierdząc, iż jakiekolwiek wyróżnianie któregoś byłoby nie fair wobec pozostałych.

      Wśród wystawionych w domu płócien jedno jest „obce”. To rzucający się w oczy kilkumetrowej wysokości portret gospodarza pędzla prorektora warszawskiej ASP, profesora Stanisława Baja. Olejny obraz ukazuje Macieja Falkiewicza w kontuszu. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że artysta włożył historyczny strój jedynie do pozowania. Nic podobnego, malarz ubiera się tak zawsze... gdy - jak mówi - wymaga tego chwila... i szlag go trafia, (by nie powiedzieć dosadniej) gdy ktoś nie potrafi tego zrozumieć, a tym samym uszanować naszej polskiej tradycji.

      W kontuszu szedł Maciej Falkiewicz za trumną profesora Ludwika Maciąga prowadząc jego konia, Eosa. Tak żegnał wybitnego malarza, swojego nauczyciela, ale przede wszystkim PRZYJACIELA. Często u siebie bywali, rozprawiali o sztuce, o życiu, o postawach i patriotyzmie, który dla Profesora był wartością nadrzędną.

      • Lubiłem te nasze spotkania pełne niezwykłych dysput. Jedna ważniejsza od drugiej. Z Ludwikiem nie można było rozmawiać o niczym, nie znosił przelewania pustego w próżne, bezsensownej gadaniny. Nieraz żalił mi się: wiesz, był u mnie X i tak koszmarnie nudził, że ledwie to wytrzymałem. A do tego straciłem całe półtorej godziny. Zdążyłbym namalować jakąś akwarelkę... Był wrogiem marnotrawienia czasu. Potrafił mobilizować do działania innych, mnie również. Kiedyś wspomniałem już po raz któryś z rzędu o pomyśle na obraz. Zezłościł się wtedy i rzekł: to weź się w końcu do roboty, przestań gadać - nie jesteś poetą tylko malarzem!

      Z Profesorem Falkiewicz nie tylko dyskutował, nie tylko słuchał jego wnikliwych, wyważonych ocen. Razem bywali na plenerach malarskich, razem jeździli konno. Nie sposób zliczyć hubertusów czy rajdów, w których wspólnie uczestniczyli.

      • Profesor dosiadał koni niemal do końca życia - głownie ogierów. Ale że miał już swoje lata czułem się w obowiązku troszczyć o niego, zapewniać mu „komfort” podróży. On tymczasem wciąż genialnie dawał sobie radę sam. Oto na przykład przejeżdżaliśmy obok łanów zbóż. Ludwikowi wplątał się w strzemię spory chwast i drażnił brzuch konia. Wyraźnie zdenerwowany wierzchowiec wyskoczył na szosę. Zamarłem... w przeciwieństwie do Profesora. Trzeba było widzieć z jakim spokojem osiemdziesięcioparoletni jeździec opanowuje zwierzę. Niejeden młodzik fiknąłby kozła... ale ułan to ułan. Nawet dosiadu można się było od niego uczyć!

      Dla artysty z Janowa przyjaźń z Ludwikiem Maciągiem to jedna wielka przygoda. Poznali się dawno temu, na warszawskiej ASP, gdy jeden z nich był już uznanym twórcą, drugi ledwie początkującym. Postać Profesora zafascynowała Falkiewicza już przy pierwszym spotkaniu. Im lepiej go poznawał, tym bardziej był nim zauroczony. Podziwiał jego twórcze dokonania, nie tylko malarskie, także znakomite ilustracje książkowe i znaczki. Kiedyś pobiegł na pocztę i wykupił cały nakład nowej serii, nie omieszkał powiedzieć o tym Profesorowi. Ten żartował, że ludzie znają go wyłącznie ze znaczków i etykietek. To był gorzki żart, bo latami naprawdę tak myślał...

      Falkiewicz twierdzi, że spotkało go wielkie szczęście, iż trafił akurat pod nauczycielskie skrzydła Ludwika Maciąga. A niewiele brakowało, by nigdy nie został jego studentem. Profesor prowadził bowiem zajęcia ze słuchaczami III roku i lat wyższych. Nikt nie mógł mieć pewności, że Falkiewiczowi dane będzie zajść aż tak daleko. Obawy w żadnym razie nie wynikały z braku wiary w jego twórcze możliwości – w te nikt nie wątpił. Brały się z... braku matury. To nie przejęzyczenie: zdał na studia bez świadectwa dojrzałości, stąd warunkowy wpis na listę słuchaczy ASP.

      Z nauką w szkole średniej jakoś nie było mu po drodze. Konflikty z pedagogami sprawiały, że zmieniał ogólniaki jak rękawiczki. Dopiero magnes wyższej uczelni, świadomość, ile może stracić, ile zyskać zmobilizowały go do egzaminu maturalnego. W końcu mógł bez reszty oddać się sztuce.

      Tworzył od zawsze. Już jako mały chłopiec na skrawku papieru szkicował, co mu tylko przyszło do głowy. Wyobraźnię młodzieńca rozbudziła Sienkiewiczowska Trylogia. W prowadzonym przez niego dzienniczku lektur szkolnych na próżno by jednak szukać streszczeń „Ogniem i mieczem”, „Potopu”, czy „Pana Wołodyjowskiego” a także omówień innych książek. Stronice zeszytu pokrywały dziesiątki ilustracji. Aż dziw bierze, że polonistka nie miała pretensji. Przeciwnie, jako jedna z pierwszych namawiała Maćka do rozwijania wyjątkowego talentu plastycznego... Może właśnie dzięki niej mamy dziś wybitnego artystę.

      Artystę, którego ulubionym motywem - także prac dziecięcych - były i są konie. Uwiecznia je, bo od zawsze go fascynowały, choć nie ma pojęcia skąd owa fascynacja się wzięła. Od najmłodszych lat, ilekroć miał okazję - głównie podczas wakacji - przypatrywał się koniom, jeździł nawet na oklep. Im częściej się z nimi stykał, tym więcej ich malował. Prawdziwą hipiczną przygodę rozpoczął dopiero w okresie studiów. Z czasem założył nawet w Białej Podlaskiej klub jeździecki. To tam zaprzyjaźnił się z Hipolem...

      - Niezwykły koń hodowli janowskiej, kapitalny pod siodłem, zrównoważony i... myślący o jeźdźcu. Kiedy napotykał nieznaną przeszkodę, zwalniał ostrożnie, by przypadkiem pasażera nie wprawić w zakłopotanie. Bardzo często prowadziłem na nim jazdy w terenie, lubił te nasze eskapady. Wiem, że bardzo mu ich brakowało po moim odejściu z klubu. Brzmi niewiarygodnie, a jednak... Któregoś dnia Hipol widząc jeźdźców szykujących się do drogi wyskoczył z okólnika i nie dając się złapać ustawił na czele zastępu. Prowadził go, jak niegdyś ze mną! Tam, gdzie razem stępowaliśmy - stępował, tam, gdzie kłusowaliśmy - kłusował. Na określonych odcinkach ruszał galopem. Kiedy, usłyszałem tę historię, zakręciła mi się łza w oku.

      W tamtym czasie Maciej Falkiewicz nie miał jeszcze swoich koni, dziś stado angloarabów liczy kilkanaście sztuk. Kwaterują w stajni oddalonej od domu kilka kilometrów, tylko jeden - Dżingis - pierwszy urodzony we własnej hodowli mieszka na miejscu; to dla niego ten owies w kufrze. Nieraz podjadał sobie nawet bez wiedzy pana. Otwierał zębami klamkę i wkraczał na falkiewiczowskie apartamenty. Teraz drzwi od podwórza zastawione są drągiem, by konisko zrozumiało wreszcie, że i o linię trzeba dbać. Wstęp na pokoje mają tylko pies oraz trzy kozy – dwa razy dziennie meldują się na dojenie. Z koniem, jak widać kłopotu mniej...

      • Doić nie trzeba, w istocie ale... nie wiem, co lepsze: przygody z koniem potrafią przyprawiać o zawrót głowy - żartuje Maciej Falkiewicz - Pamiętam, jak wziąłem Dżingisa na pierwszą przejażdżkę po jego zaleczonej kontuzji. Był jeszcze wtedy ogierem o ogromnym temperamencie. Lekarz przestrzegał: żadnego galopu! Udaliśmy się więc niedaleko, kilka kilometrów do mojego siedliska. W pierwszą stronę ledwo Dżingisa powstrzymałem, rwał do przodu, jak oszalały. Tak to jest z niewybieganymi końmi, a ja go przed spacerem nawet nie lonżowałem. W powrotnej drodze ta beczka prochu. musiała wybuchnąć. Dżingis strzelił z krzyża w momencie, kiedy pochylony klepałem go po szyi i szeptałem do ucha: wolniej, wolniej. Spadłem, koń stał nade mną na dwóch nogach spoglądając wielkim przerażonym okiem. Jeszcze chwila i wbije mi kopyta - myślałem - on tymczasem wykonał w powietrzu obrót 180 stopni i nawet mnie nie musnął. Nie mam pojęcia, jak to zrobił! W każdym razie po chwili zniknął. Spostrzegłem jednak z daleka, że ktoś go złapał. Odetchnąłem z ulgą, bo jak na złość włożyłem przyciasne buty, w których nie tylko nie dałbym rady biec, ale nawet chodzenie sprawiało mi kłopot. Niestety znalazca zamiast na mnie poczekać, uwiązał Dżingisa do jakiejś żerdzi i sobie poszedł. Wierzchowiec szarpnął dwa razy łbem i się uwolnił. Straciłem go z oczu, nie rezygnowałem jednak z poszukiwań. Brnąłem w tych piekielnie ciasnych butach, wyglądając zdaje się, jak sowiecki lejtnant po Cudzie nad Wisłą. Zmarnowany wróciłem do domu z niczym, wziąłem samochód i wyruszyłem w kolejny objazd. Na wszelki wypadek skierowałem się ponownie w stronę siedliska. Miałem nosa: koń pasł się w najlepsze. Na mój widok uniósł elegancko głowę i zarżał tak głośno, jak nigdy. Normalnie mnie wyśmiał, ale kompletnie rozbroił.

      Dżingis ma dziś jedenaście lat, kilka miesięcy spędził poza domem. Wróżono mu bowiem karierę sportową i Falkiewicz dał się namówić na profesjonalne treningi pod okiem doświadczonego trenera. Wierzchowiec znalazł się na drugim końcu Polski, fatalnie jednak znosił rozłąkę, markotniał, tracił humor. Gdy Falkiewicz dowiedział się o tym, czym prędzej zadzwonił z prośbą o radę do swojego znajomego, wybitnego koniarza, Marka.

      • Podzieliłem się wątpliwościami i obawami. Marek wyczuł, w jakim jestem stanie, jak zdenerwowany. I nie wiem, jak to uczynił, w każdym razie po kilku jego słowach moje histeryczne napięcie opadło. Zadziałał niczym zawodowy terapeuta. To zresztą niesamowity gość, umie wczuć się w drugiego człowieka i traktować jego problem, jak swój. Oczywiście poradził, bym jak najszybciej zabrał Dżingisa do siebie.

      Jak widać, dobrze mieć takiego Marka, co poradzi od serca. Panowie trafili na siebie zupełnym przypadkiem w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i kiedy spotkali się po raz pierwszy, żaden z nich nie wiedział, że obaj miłują konie ponad wszystko. Falkiewicz podróżował wtedy autostopem po Polsce... z blokiem rysunkowym pod pachą. Któregoś dnia machnął na wojskowy samochód, ten zatrzymał się, a kierowca zgodził się podwieźć przygodnego wędrowca. W aucie siedział jeszcze jeden, jak się okazało, przesympatyczny żołnierz. Otwarty, rozmowny, a że Maciej Falkiewicz do milczków też nie należy, przegadali całą drogę. Czas zleciał błyskawicznie...

      Kilka miesięcy później w akademickiej stołówce zaczepił Falkiewicza nieznajomy:

      • Nie poznajesz mnie ? - zapytał.

      • No jakoś nie bardzo - odpowiedział zmieszany

      • Marek Siudym, w czasie wakacji przegadaliśmy całą drogę w samochodzie... Jestem już po wojsku, dostałem się do szkoły teatralnej.

      To było wieki temu. Ileż się zmieniło! Obaj są znani i zagonieni. Stąd rzadkie ich spotkania. Marek Siudym bezcenny czas dzieli między film, teatr, telewizję i swoje konie.

      - A przez to nie ma kiedy do mnie przyjechać – żali się malarz.

      I szkoda wielka, bo Macieja Falkiewicza w Janowie Podlaskim odwiedzić warto, choćby jeden jedyny raz. Przekraczając próg jego domu wstępuje się w inny świat. Świat przeszłości, koloru, ale też szacunku dla ludzi i zwierząt. Można tam siedzieć godzinami i nie spostrzec, jak szybko upływają.

      Właśnie! Na nas już ż czas, opuszczamy falkiewiczowski dwór z nadzieją, że za jakiś czas wrócimy. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na płótna emanujące niezwykłym ciepłem, na starocie, z którymi bliżej do korzeni i... na skrzydło dużych, wewnętrznych podwójnych drzwi - wciąż wisi tam klepsydra zawiadamiająca o śmierci Ludwika Maciąga.

      * za dure – za głupotę, za durnotę