Słońce świeci, psy szczekają, konie galopują...

      Ma 87 lat, hoduje kilkanaście koni, trzy psy, osiem kotów, stado kur, prowadzi... jeepa cherokee z czterolitrowym silnikiem. Elżbieta Grabowska-Piasecka, żołnierz Armii Krajowej, odznaczona Krzyżem Walecznych, lekarka i miłośniczka zwierząt, córka Jana Grabowskiego - hipologa, twórcy stadniny w Walewicach, mama Jana Krzysztofa – literata i Piotra – wielokrotnego medalisty mistrzostw Polski w wkkw*....

      Jest prekursorką przynajmniej w dwóch dziedzinach: pierwsza sprowadziła do kraju kuce irlandzkie connemara; pierwsza też jako kobieta – chirurg dokonała w Polsce operacji na otwartym sercu. O kucach powiedziała garstce znajomych, o zacerowanej dziurze w sercu rozpisywały się gazety, mówiono o tym w radiu i telewizji. Gratulacje płynęły ze wszech stron... tylko pacjent nie okazywał wdzięczności.

      - Nie po to się dźgał, by go ktoś ratował - pointuje pani doktor.

      Medycyna po włosku

      Doświadczenie chirurgiczne zdobywała w Powstaniu Warszawskim, pełniła obowiązki lekarza w batalionie „Chrobry I” (pseudonim dr Pokrzywińska), po upadku powstania leczyła więźniów obozu w Oberlangen dokąd trafiła jako jeniec wojenny. Za okupacji zdążyła zaliczyć cztery lata studiów medycznych. Naukę na piątym, ostatnim roku kontynuowała w Bolonii. Po zaledwie trzymiesięcznym pobycie zdawała egzaminy w zupełnie sobie obcym języku włoskim. W sukurs przyszła znajomość łaciny i francuskiego.

      Czas na obczyźnie spędzała na wydziale, w bibliotekach i... na spacerach z owczarkiem niemieckim. Kupiła go dla towarzystwa i z racji przywiązania do czworonogów a trzymała w pokoju hotelowym. Psy miała zawsze. Kiedy była małą dziewczynką po domu grasowały wyżły taty myśliwego, wcześniej ukochany spaniel, później pekińczyk, który obronną łapą wyszedł z Powstania i znalazł się z jej rodzicami w Walewicach. Z Włoch wróciła do kraju z dwoma owczarkami, suką Iskrą i jej szczeniakiem. Fascynowała się tą rasą dopóty, dopóki człowiek nie doprowadził do jej całkowitej degeneracji.

      - Współczesne owczarki – mówi – nie mają nic z tych dawnych, najbliższych wilkom i szakalom; ani odważnego charakteru, ani barwy, ani sylwetki. Kiedy więc moje odeszły zdecydowałam się na wilczarze. Dziś mam dwa oraz border teriera, malucha o cudownym usposobieniu.

      Żywej duszy w środku lasu

      Psy nie tylko biegają po przydomowym terenie, ale przynajmniej raz dziennie chodzą ze swoją panią na długie spacery. Tak jest od zawsze, od kiedy zamieszkała pod Warszawą. Tamtego dnia, kilkanaście lat temu też wybrała się na spacer zabierając nieżyjące już wilczarza pomieszanego z owczarkiem niemieckim i zwariowaną rottweilerkę. Pies biegał luzem, suka na smyczy. Nagle, w szaleńczej zabawie owinęły smycz wokół swojej pani i tak szarpnęły, że złamały kobiecie nogę w kolanie. Koszmarny ból i żywej duszy w środku lasu. Elżbieta Piasecka czołgała się blisko pół kilometra trzymając rottweilerkę całą drogę na uwięzi. Tak dotarła pod bramę domu, gdzie jej nawoływania usłyszał stajenny. Kontuzjowaną ułożył na końskiej derce i ostrożnie zaciągnął do mieszkania.

      - Było, minęło, nie mam czasu na rozpamiętywanie takich drobiazgów. Pan wie, ile tu roboty! Nigdy mi jej nie brakuje, mimo że przecież zatrudniam pomocnika. Sama na co dzień nie dałabym już rady zajmować się dobytkiem, choć zdarza się, że „mój człowiek” zachoruje albo wyjedzie i wszystkie obowiązki spadają na mnie. Karmienie kur i psów, nawet wrzucanie paszy do żłobów nie nastręcza specjalnych kłopotów, choć co koń to inne menu. Najgorzej radzę sobie z sianem, obdzielenie całego stada jest w moim wieku wysiłkiem nie lada. Bywa więc nielekko, ale sama tego chciałam... Najłatwiej mi wypuszczać i wzywać konie. Każdy ma swoje imię - wystarczy zawołać a przychodzą, jak psiaki.

      Dziś „piasecki” zwierzyniec jest mocno okrojony. Kiedyś gospodyni prowadziła jeszcze stado owiec - w czasach peerelowskiej pogardy dla koni przynosiło ono dochód, dzięki któremu i wierzchowce miały pełną michę.

      - Nie obchodziło mnie, co władza myśli o koniach, zawsze chciałam je mieć, a ciągnęło mnie do nich od najmłodszych lat... tak jak do medycyny. Z jednej strony ojciec hodowca, z drugiej dziadek Stanisław Dobrucki, znany chirurg.

      Na początku był osioł

      Pierwsza oczywiście pojawiła się fascynacja końmi, do skalpela droga była znacznie dłuższa. W siodle mała Ela podążała już jako dwuletnia dziewczynka. Debiutanckie jazdy w teren odbywała w Łącku na... ośle.

      - Ja na szarym, a koleżanka, Róża Prądzyńska, na brązowym. Dwuosły zastęp prowadził jej tata, Jędrek Prądzyński na wielkim siwym ogierze. Musiało to komicznie wyglądać.

      Podobno osły były wyjątkowo narowiste, ale początkującej amazonce ani to nie przeszkadzało, ani jej nie zniechęcało. Wręcz przeciwnie, od tamtej pory dosiadała koni, gdzie tylko je wypatrzyła. Wszystkie wakacje, z czasem urlopy spędzała w stadninach. W Stargardzie pokonując najprawdziwsze przeszkody wkkw zaliczyła niejeden bieg myśliwski. W Łobzie jeździła na wybitnie inteligentnym Atamanie - wystarczyło, że ledwie pomyślała, w którą ścieżkę skręcić, on już obierał właściwy kierunek. Codzienne samotne przejażdżki sprzyjały zacieśnianiu tych niezwykłych więzów. Bez problemów dogadywała się też z innymi końmi i to nawet wtedy, gdy nie mogła jeszcze pochwalić się bogatym doświadczeniem.

      - Konie czują, jaki się ma do nich stosunek, a obchodzenie się z nimi, choćby tzw. lekka ręka, otwiera drogę do porozumienia. Pamiętam, jak w Boninie zaproponowano mi przejażdżkę na folblutce; wsiadłam i pojechałam. A ludziska się dziwowali, jakbym nie wiadomo czego dokonała... Okazało się, iż pewien nieudacznik wywołał taki stres w zwierzęciu, że odechciało mu się romansów z człowiekiem: otóż przywołując klacz do porządku szarpnął nadzwyczaj silnie wodzami stawiając ją na dwóch nogach - przewróciła się na grzbiet przygniatając jeźdźca i łamiąc mu ileś kości. Historia jak z podręcznika: jedna, druga podobna sytuacja i tzw. „trudny” koń gotowy! A ileż z tego niepowodzeń w sporcie! Widywałam to kiedyś, widuję dziś - jeżdżę przecież na zawody, kibicuję mojemu synowi i wnukom, z przerażeniem obserwuję, jak wielu zawodników traktuje konie niczym narzędzia. Jeśli jeszcze tego nie żałują, gwarantuję, że będą żałować...

      Elżbieta Piasecka trzyma w swojej stadninie piętnaście wierzchowców. Wszystkie są tak zrównoważone psychicznie, że mogą i służą nawet dzieciom - to najlepsza wizytówka końskich osobowości.

      - Bo jeśli zwierzę od małego jest należycie pielęgnowane to nie ma powodu bronić się przed człowiekiem. Od zawsze przyświecała mi idea krainy szczęśliwości dla moich psów, koni, także kur, które żyją u mnie do końca swoich dni. Staram się być takim biblijnym pasterzem. Wszystko, co żyje pod moim dachem ma czuć się wolne, przynajmniej w wymiarze, jakim to możliwe. Konie całe dnie spędzają na powietrzu, są bez przerwy ze sobą, ustaliły hierarchię, znają swoje miejsca. A że czują się całkowicie pewnie, spokojnie, nadają się znakomicie pod siodło.

      Szkoda, że Elżbieta Piasecka sama już nie naucza adeptów sztuki jeździeckiej, choć ponoć zdolności pedagogiczne ma jak rzadko!

      - Brakuje mi sił - wchodzi w słowo - ale, gdy dostrzegam prawdziwy talent - a spostrzegawcza jestem! - pozwalam sobie udzielać rad. Nie zajmuję się już absolutnie tymi, którzy bardzo chcą jeździć, ale jeszcze bardziej się boją. W takich nie wierzę, nic z nich nie będzie.

      W podwarszawskiej stadninie w ciągu wielu lat niejeden uczeń poznał tajniki jeździectwa, niejeden koń z rekreacyjnego stał się wierzchowcem sportowym. Wiele czterolatków trafiło i trafia do stajni Piotra Piaseckiego, oczywiście mistrz sam nie dosiada wszystkich. Na kucach connemara laury zdobywają jego najmłodsze dzieci: Kasia i Jaś – mistrzowie Polski juniorów wkkw. W tej samej dyscyplinie także na babcinym koniu startował w mistrzostwach Europy jeden ze starszych synów, Wojciech.

      Goście znamienici, goście nieproszeni

      - Z jednej strony kuce, z drugiej mocne, silne wierzchowce; wielkopolaki z domieszką ras niemieckich. Sprawdzają się w sporcie znakomicie - mówi gospodyni.

      Kiedy zaczynała swoją przygodę z własnymi końmi, nie myślała jeszcze o takiej specjalizacji. Na początek zresztą kupiła tylko... pół beberbeckiej klaczy, drugie pół należało do Ewy Bratnej. Pierwszym „w całości” była angloarabka, która dając rok w rok źrebaki systematycznie rozbudowywała stado. Początkowo konie stacjonowały nad Jeziorkiem Czerniakowskim, później w Oborach, by z czasem znaleźć się w okolicach Konstancina, obecnej posiadłości. Nie byle kto, bo sam Andrzej Wajda jest ojcem chrzestnym stajni pani doktor. To on polecił góralskich cieśli do budowy chaty dla koni. Nieraz duet Piasecka – Wajda wybierali się razem na przejażdżki po okolicy. Przy okazji poszukiwań pleneru do któregoś z filmów zdarzyło im się ugrząźć z końmi w błocie. Jedne z pierwszych kroków w siodle robiła tam też córka reżysera, Karolina. Po konstancińskich lasach galopował w asyście gospodyni również Krzysztof Zanussi i Daniel Olbrychski. Na jej koniach przygotowywała się i grała Maja Komorowska w polsko-francuskiej produkcji „Panny z Wilka”(1979r.) w reż. Andrzeja Wajdy.

      W posiadłości bywali goście znamienici, bywali nieproszeni. Dwóch wtargnęło siłą godzinę przed północą, odurzyli psy, gospodynię boleśnie skrępowali wiążąc jej brutalnie ręce i nogi. Dopiero co zoperowane kolano szczególnie dawało się we znaki; Piasecka udawała, że nic jej nie dolega. Na pytanie, gdzie trzyma dolary odpowiadała tonem spokojnym i rzeczowym: w banku! Od zawsze, jako jedna z nielicznych obywatelek tego kraju ufała polskim bankom i trzymała w nich nawet najdrobniejsze oszczędności. Bandyci nie dawali wiary, przeszukiwali pokoje centymetr po centymetrze, przetrząsali każdą szafkę, szafę, książkę... a tomów pani Elżbieta ma setki. Do siódmej rano wywracali chałupę do góry nogami, wreszcie spasowali i odeszli. Jeszcze dwie godziny kobieta leżała na łóżku nie mogąc się poruszyć. Uwolnił ją starszy syn, Jan Krzysztof...

      Wykazała nieprawdopodobną odporność psychiczną, także fizyczną. Nie prowokowała bandziorów, nie dawała im odczuć, co o nich myśli, bardziej uspokajała niż irytowała. Odwadze zawdzięcza może nawet życie, a w każdym razie to, że uniknęła tortur... Jej sąsiadów podczas identycznego napadu, niewykluczone, że dokonanego przez tych samych sprawców... przypalano żelazkiem.

      - I po co do tego wracać! - zapanowała jakaś straszna moda na sensacje, złe wspomnienia. Ja wolę mówić o tym, co ciekawe, dobre, piękne. Proszę wyjrzeć przez okno: słońce świeci, psy szczekają, konie galopują... Czegóż trzeba więcej?

      W istocie, zwłaszcza jeśli w takiej atmosferze można czerpać od gospodyni wiedzę o koniach i kulturę bycia, uczyć się stosunku do zwierząt, partnerskich z nimi relacji i szacunku, jakim winniśmy je obdarzać.

      * WKKW – wszechstronny konkurs konia wierzchowego