„Jur”

„Nie był malarzem koni” Rosa PP 2015


Artykuł z czasopisma , jesień 2015.

Artykuł z czasopisma Konie i Rumaki, październik 2015.


Recenzja red. MONIKI LUFT zamieszczona na portalu polskiearaby.com w dziale Czytelnia:

”Nie był malarzem koni (Rzecz o Ludwiku Maciągu)” to książka nietypowa, nie jest to bowiem ani biografia, ani analiza twórczości, lecz spisany przez Piotra Dzięciołowskiego wielogłos na temat zmarłego w 2007 roku wybitnego artysty, którego pasją były konie, zwłaszcza zaś konie arabskie. O Profesorze Maciągu mówią przyjaciele, członkowie rodziny, studenci, koledzy po fachu, sąsiedzi, dalsi znajomi. Niektórzy z nich starają się dociec, jaki był, inni po prostu opowiadają anegdotę ”z życia wziętą”. Z tych krótszych (zaledwie kilkuzdaniowych) bądź dłuższych (kilkustronicowych) wspomnień układa się portret nietuzinkowego twórcy i niezwykłego człowieka, choć niepozbawionego wad. O tych ostatnich jego bliscy mówią dziś z rozbawieniem, lecz nietrudno sobie wyobrazić, że mogły uwierać ich za jego życia. Bywał bowiem oschły, niemożliwie roztargniony, niecierpliwy. Bywał skupiony na sobie. Wszystko to jednak równoważył jego prawy charakter (”Muszę być człowiekiem uczciwym. To jest moja jedyna wiara”) i niezłomność, która wyrażała się także w tym, że niemal do ostatnich swych dni zachowywał imponującą aktywność, zarówno artystyczną, jak i sportową. Przy czym sport utożsamiał przede wszystkim z jazdą konną. Twórczo wykorzystywał każdą chwilę. ”Z Ludwikiem nie można było rozmawiać o niczym, nie znosił przelewania pustego w próżne, bezsensownej gadaniny” – wspomina artysta malarz z Janowa Podlaskiego i zawołany jeździec Maciej Falkiewicz.

Można założyć, że po książkę sięgną głównie ci, którym twórczość Profesora nie jest obca. Redaktor zbioru zadbał jednak o uzupełnienie wydawnictwa ilustracjami jego prac, a na początku postanowił oddać głos swemu bohaterowi, który wprowadza nas niejako w swoje życie. Ta część książki to wypowiedzi Profesora, które znalazły się w scenariuszu poświęconego Ludwikowi Maciągowi filmu ”Malowany pamiętnik”, autorstwa Agnieszki Kowalskiej. Tytuł więcej niż adekwatny, bo tak właśnie swoją twórczość postrzegał Profesor. ”Moja wrażliwość zawsze skłaniała mnie do malarstwa, które sięga po nastrój chwili. Całe życie maluję swój pamiętnik” – mówił w wywiadzie dla portalu polskiearaby.com (Koń, który nie śpi, 2006). W książce Dzięciołowkiego czytamy zaś: ”Moje malarstwo wywodzi się nie z Luwru, nie z Zachęty, tylko z tego, co przeżywałem. Jestem obcy w środowisku malarskim”.

Tę swoją obcość, odrębność i nieuleganie modom wielokrotnie podkreślał. Jak łatwo się domyślić, nie ułatwiało mu to kariery artystycznej – ale tu znów kłania się jego niezłomność. Nie sposób było zawrócić go z drogi, którą sobie obrał: ”Próbowano mnie wyleczyć z malowania koni. Koń nie jest bowiem tematem dobrze widzianym w sztuce. Większość malarzy nie potrafi rysować konia. Trzeba znać jego anatomię i ruch” – mówił. Potwierdza to inny malarz koni, a zarazem jeden z przyjaciół Profesora, Andrzej Novak-Zempliński, który odczuł tę niechęć na własnej skórze. Jednak to właśnie Novak-Zempliński powiedział o Maciągu – i stąd tytuł zbioru – że nie był on malarzem koni, lecz po prostu malarzem obrazów: ”Dla niego ważna była kompozycja, kolor, swoista synteza formy, indywidualna interpretacja postrzeganych zjawisk, nieraz widzianych i przeżywanych z wysokości siodła, lecz swoiście przełożonych na język malarski”.

Maciąg, jako były partyzant i prawdziwy ułan, miłość do koni miał we krwi, a na ich anatomii znał się doskonale. Ukrywając się po wojnie przed bezpieką, pełnił w janowskiej stadninie, pod okiem dyrektora Andrzeja Krzyształowicza, funkcję leśniczego, a potem również masztalerza. ”Studia na ASP w Krakowie rozpocząłem w mundurze masztalerza” – wspominał. Wkrótce stał się jednym z członków artystyczno-towarzyskiej grupy znanej jako ”Bracia Łopieńscy”, w skład której wchodzili również Szymon Kobyliński, Juliusz Pałka, Kazimierz Podlasiecki i Zdzisław Witwicki. ”Bracia Łopieńscy” bawili się któregoś razu w układanie epitafiów. Dla Ludwika Maciąga ułożyli następujący:

Narobił koniczek
na ten kamyczek
pod nim Ludwiczek

Pracy dyplomowej Maciąg bronił w 1951 roku, a więc w czasach stalinowskich, co dla byłego akowca i zaprzysięgłego antykomunisty było nie lada wyzwaniem. Władze uczelni przydzieliły mu temat przyjaźni polsko-chińskiej. Jak opowiada malarz Wieńczysław Pyrzanowski, Maciąg miał z tym ogromny kłopot. W końcu namalował wizytę Chińczyków w jednym ze stad ogierów. ”Na pierwszym planie szalały dwa roztańczone konie, w tle widoczne były stajnie i inne zabudowania (…) gdzieś w głębi, ledwie zauważalne, jawiły się mikroskopijne żółte twarze”. Student Maciąg nie tylko otrzymał dyplom, ale – ironią losu – jego praca trafiła potem do Chin (w 1954) jako prezent od państwa polskiego dla chińskiej delegacji, której przewodniczył premier Zhou Enlai.

Janowskie doświadczenia (choć już jako chłopiec zachwycił się końmi arabskimi idącymi w zaprzęgu) przełożyły się na zamiłowanie Profesora do koni czystej krwi. ”Arab w ruchu, porównany z innymi rasami, ma najwięcej gracji, fantazji. Każdy z tych koni jest aktorem” – mówił w cytowanym wcześniej wywiadzie dla naszego portalu. Najbardziej fascynowały go ogiery. ”Całe życie spędziłem z ogierami. Działały na mnie ich elegancja, temperament, sposób noszenia się. Ogier jest piękny jak kobieta. Niesamowita ekspresja ruchu” – czytamy jego zwierzenia w książce Dzięciołowskiego. ”W gruncie rzeczy jestem bardziej koniarzem, niż malarzem” – twierdził Profesor.

W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o własnych koniach Profesora. Najbardziej ukochanym (”Jak można nie mówić o szczęściu – mam konia marzeń”) był kurozwęcki Eos (Banat – Elektorka/Andrut), który Profesorowi towarzyszył w ostatniej drodze, rżąc głośno i rozpaczliwie w kondukcie żałobnym podczas pogrzebu w Wesołej. ”Szlachetny, ale masywny – opisywał go Profesor. – Moim typem jest koń o charakterze orientalnym, ale nie filigranowy, właśnie z grubszym karkiem, szyją”. Agnieszka Kowalska wspomina, że Eos był jak Maciąg. Jak on surowy. Jak on zdyscyplinowany. I jak on był indywidualnym bytem stanowiącym o sobie. ”Potrzebował wolności, niczym powietrza”. Jak Maciąg.

Przedtem był jeszcze Zagon (Melon – Zamieć/Czardasz), również z Kurozwęk, a jeszcze wcześniej Perset (El Azrak – Persefona/Negatiw), niegdyś ogier czołowy w Janowie (”Bardzo miły koń, fantastyczny charakter; do tego efektowny” – opowiadał o nim Profesor w wywiadzie) i wiele innych koni, nie tylko arabów. Dla każdego z nich Profesor znajdował miejsce w sercu i w pamięci, a jako malarz dociekał ich piękna. ”Koń Maciąga jest osobny i doskonały” – podsumowuje były student Profesora, a wkrótce bliski przyjaciel, malarz Stanisław Baj, który przejął po Mistrzu jego dawną pracownię na Brackiej. Swą miłością do koni Profesor zarażał innych. Tak o tym opowiada Henryk Kępski, wydawca albumu ”Maciąg”: ”Któregoś dnia zapytał mnie: – Henryk, a dlaczego wy z Wandą nie macie konia? Powinniście mieć! Wkrótce mieliśmy”.

Kreślony tak portret jest oczywiście portretem ciepłym, życzliwym, choć nie ma tu irytującej pomnikowości. Gdzieniegdzie – zwłaszcza w wypowiedziach syna Profesora, Krzysztofa – możemy trafić na ślad rodzinnych niesnasek i tajemnic. Być może historie te, ledwie wzmiankowane, doczekają się kiedyś rozwinięcia. Krzysztof Maciąg-Zbyszyński zapowiada między wierszami własną książkę o ojcu i o rodzinie.

U kresu życia Profesor, poproszony o wytyczne dla stowarzyszenia swego imienia (które zresztą w końcu nie powstało), pozostawił swoisty testament, w którym zwracał uwagę na życzliwość wobec ludzi, przeciwstawianie się degradacji Polski, sprzyjanie rozwojowi talentów artystycznych, przestrzeganie przykazań, kierowanie się humanitarnym stosunkiem do zwierząt, niepomijanie roli kultury, a wreszcie na pielęgnowanie tradycji jeździeckich. Bo jak przyznawał w naszym wywiadzie: ”Nigdy nie umiałem stwierdzić, czego było w moim życiu więcej: ciągot do jazdy czy do malarstwa”.

Piotr Dzięciołowski, ”Nie był malarzem koni”, Rosa PP, Warszawa 2015, str. 174

WSTĘP
Ludwik Maciąg, profesor, malarz, człowiek niepospolity, postać barwna. Subtelny, poetycki, skromny, ale też stanowczy, odważny, chwilami szorstki, zawsze mądry, z poczuciem humoru i bezpośredni w relacjach z ludźmi bez względu na status społeczny tychże. Byle byli autentyczni, jak on sam.

Lubił ludzi, znał wielu, obracał się także wśród bardzo młodych osób. Pozytywnym zjawiskiem jest to, iż stale rośnie zainteresowanie jego twórczością właśnie wśród młodych artystów. Dostrzegają w malarstwie Profesora potencjał i inspirację.

Ludwik Maciąg malował pejzaże, sceny rodzajowe, wspomnieniowe, konie, znakomite akty, zmysłowe erotyki, a wszystko z wyjątkową intuicją, myślą, niepowtarzalnością. Kompozycja, kolor, bogactwo materii i przede wszystkim własna synteza, wyraz, który nabiera pomnikowości. Nie byłoby malarza Maciąga, gdyby jego rola sprowadzała się jedynie do zgrabnego utrwalania na płótnie rozmaitych historii, treści pospolitych. Istotne jest, jak je wyrażał, jak je malarsko definiował. Ma rację uczeń Profesora, Andrzej Novák-Zempliński: Maciąg nie był malarzem koni. Malował obrazy.

A jakim był Profesor Ludwik Maciąg prywatnie? O tym właś - nie opowiada książka Piotra Dzięciołowskiego. Zbierając do niej materiał, autor rozmawiał z kilkudziesięcioma osobami: członkami rodziny, przyjaciółmi, znajomymi, uczniami. Wiele przytaczanych w książce zdarzeń, faktów, anegdot, pokrywa się ze sobą, różnią się jednak interpretacją naznaczoną subiektywnym widzeniem i subiektywnym językiem rozmówców. W treści znajdziemy wiele interesujących historii, tych bardzo poważnych, ale także tych podszytych znakomitym humorem; trafnych opisów i konkluzji. W tym zresztą tkwi ogromne bogactwo i autora, i opowiadających, z których każdy miał swojego Ludwika Maciąga.

Autor, doświadczony dziennikarz z dobrą intuicją, dokonał wyjątkowego zabiegu pod względem języka. Wypowiedzi poszczególnych osób, zwłaszcza Profesora, może ugładzał zbytnio, ale zachowując ich autentyzm, nadał im formę literacką. Nie jest to język dokumentu, eseju, ale opowieść o Ludwiku Maciągu z perspektywy rozmówców autora. Poszczególne wypowiedzi, zróżnicowane tekstowo i znaczeniowo, zostały ułożone według ciekawej konstrukcji w jedną całość, w płynną myśl, narrację. Piotr Dzięciołowski oparł swoją książkę na scenariuszu filmu o Profesorze, „Malowany pamiętnik”, stworzonym przed laty przez młodziutką wówczas studentkę wydziału dziennikarstwa Agnieszkę Kowalską, zarazem jedną z rozmówczyń autora.

Indagowanych, rzecz oczywista, mogło być znacznie więcej, jako że Profesora znały setki ludzi, ale gdyby Dzięciołowski próbował dotrzeć do wszystkich, książka zapewne nigdy by nie powstała. Utwór literacki rządzi się przecież swoimi prawami, niezbędna jest jego dynamiczna kondensacja. Niedopowiedzenia, tajemniczość pozostają i to bardzo dobrze.

Zapraszam do lektury ze świadomością, że niniejsza książka będzie jednym z kamyczków w Maciągowym ogródku utrwalającą pamięć o tym nieprzeciętnym człowieku i wybitnym artyście.

Stanisław Baj
Profesor Akademii Sztuk Pięknych

PS
Dzieła Profesora Ludwika Maciąga znajdują się przede wszystkim w kolekcjach prywatnych. Niestety kolekcjonerzy bywają różni: otwarci, życzliwi, propagujący jego sztukę, ale też nieufni, zazdrośnie strzegący jej w zamknięciu. A przecież, gdy jest niedostępna, twórca przestaje istnieć. Miejscem publicznym, gdzie można obejrzeć obrazy Ludwika Maciąga, jest Zamek w Golubiu-Dobrzyniu, Dyrekcja Stadniny Koni Arabskich w Janowie Podlaskim i kaplica Zjawienia Obrazu Matki Boskiej Leśniańskiej w Leśnej Podlaskiej. W kaplicy znajdują się cztery obrazy dużego formatu, które powstały dzięki staraniom paulina, ojca Eustachego Rakoczego, wielce zasłużonego dla pamięci oddziału „Zenona” i pamięci Profesora.

„Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne” Filologos 2014

Recenzja książki „Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne” piórem pisarki EWY BAGŁAJ:

WERNISAŻ SENTYMENTALNY i … pies z kulawą nogą

Pisząc o innych, piszemy być może najwięcej o sobie – dajemy przecież świadectwo tego, jak postrzegamy ludzi, historię, otaczającą nas rzeczywistość.

Gdy za obiektywem stoi doświadczony fotoreporter, opowieść jego życia nawet w literaturze przybiera formę migawkowych zdjęć. Taka jest książka Piotra Dzięciołowskiego „Pasjans z niepotasowanych kart. Opowieści (nie tylko) rodzinne”.

Nie wolno jej jednak kartkować jak magazyn kolorowy. Trzeba ją czytać pomału i kontemplować niczym wystawę zdjęć. Przechadzając się tak strona po stronie, pomiędzy postaciami historycznymi i współczesnymi ludźmi, znanymi osobistościami i tymi mniej, ma się wrażenie przebywania na wernisażu fotografii. Portrety ze zdjęć, nazwiska znane czytelnikowi – zwłaszcza młodszemu od Autora – najczęściej tylko z książek, kronik filmowych czy też ustnych opowieści, przeplatają się tutaj z obecnością osób, które ten czy ów mógł poznać osobiście. Dla mnie takim miłym i niespodziewanym spotkaniem na tym „wernisażu” okazał się m.in. rozdział poświęcony profesorowi Ludwikowi Maciągowi (1920-2007), nieodżałowanemu artyście malarzowi, wielkiemu patriocie i miłośnikowi koni, a w czasach II wojny światowej żołnierzowi AK oddziału Stefana Wyrzykowskiego „Zenona”.

Sentymentalne to kadry i, jak sygnalizuje tytuł, nie trzymają się porządku chronologicznego. W treści sięgają do czasów przedwojennych, trudnych lat okupacji, siermiężnych realiów PRL-u, jak i całkiem świeżych doświadczeń Autora. Niepotasowane karty, wyjmowane pozornie na chybił trafił, układają się jednak w pasjans tak dobrze nam Polakom znany. Jakże podobny do losów wielu rodzin na przestrzeni ostatnich stu lat!...

A zarazem jest to pasjans wyjątkowy, bo ukazany z perspektywy jednostki. W tym wypadku przedstawiciela kilkupokoleniowej rodziny warszawskich dziennikarzy, syna Włodzimierza „Włodka” Dzięciołowskiego, dziennikarza i satyryka, oraz Ludwiki Woyciechowskiej – Dzięciołowskiej, recenzentki teatralnej i dziennikarki (inicjatorki plebiscytu i nagród „Złota Maska”), zwanej w domu, a także w środowisku zawodowym „Wisią”.

Oboje rodzice Autora pracowali w „Expressie Wieczornym”, który to zaraz po wojnie założył i prowadził Rafał Praga – dziennikarz pochodzenia żydowskiego, ocalony przed Holocaustem dzięki ofiarnej postawie rodziców aktora Daniela Olbrychskiego, Klementyny z Sołonowiczów i Franciszka Olbrychskich. Młodzi małżonkowie, również parający się dziennikarstwem, przez większość okupacji przechowali kolegę po piórze we własnym mieszkaniu przy ulicy Nowogrodzkiej. Praga wtedy i później był postacią wielce malowniczą, z nietuzinkowym charakterem, „która w świecie dziennikarskim obrastała w legendę, a o której dziś pies z kulawą nogą nie pamięta”. („Pasjans…”, s. 97) Pamiętali go jeszcze doskonale bohaterowie mojej książki „Słoneczna dziewczyna. Opowieść o Klementynie Sołonowicz-Olbrychskiej” (wyd. Muza, 2007). I zapamiętał go z własnej młodości późniejszy autor „Pasjansa z niepotasowanych kart”.

Z tego kręgu dziennikarzy i artystów związanych z „Expressem Wieczornym” wywodziło się gros znajomych oraz przyjaciół państwa Dzięciołowskich, którzy oboje byli molami książkowymi i jeżeli kiedykolwiek odrywali się od ulubionych lektur, to chyba tylko wówczas, gdy goście pukali do drzwi. Wielu chętnie odwiedzało ich mieszkanie przy placu Zbawiciela, współtworząc niezapomniany klimat domu otwartego stołecznej inteligencji.

Piotr Dzięciołowski zaprasza czytelnika do tego domu, sadza do wspólnego brydża, zabiera na wakacje, częstuje zabawnymi anegdotami z życia aktorów, publicystów oraz własnych krewnych. A tym, którzy dotrwają z nim do końca tej „fotograficznej” opowieści, odsłania również intymne i nierzadko bolesne szczegóły z życia własnego, jak i całej rodziny.

Szczegóły familijnej historii wyłaniały się przed nim, jak pisze, niemal do ostatnich dni pracy nad książką. „Ciekawe, czy jeszcze ktoś odkryje przede mną jakieś rodzinne niewiadome?”, zapytuje w finałowym zdaniu. Ciekawe… bo przecież pisanie rodzinnej historii, jak rozkładanie pasjansa, nigdy nie jest raz na zawsze skończone…


RECENZJA MARII MAMCZUR:
Wyobraźmy sobie dom otwarty warszawskiej inteligencji w siermiężnym okresie PRL. Na brydża wpada Mieczysław Czechowicz. I oczywiście nie stroni od żartów. Bywają Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot, Jan Kobuszewski, Irena Dziedzic. Wiesław Gołas na poczekaniu wymyśla skecze. Pan tego domu, to Włodzimierz Dzięciołowski, dziennikarz i satyryk, podobnie jak jego ojciec, Alfons. Pani domu - Ludwika Woyciechowska-Dzięciołowska, zwana Wisią, recenzentka teatralna i dziennikarka, podobnie jak jej siostra Danuta i szwagier Ryszard Winter-Rudnicki. Ot, intelektualiści, mole książkowe. Wisia, potrafiąca „pożreć” kilkaset stron w jeden wieczór, Włodek, analizujący zdanie po zdaniu. Zapaleni brydżyści. A przede wszystkim rodzice Piotra Dzięciołowskiego, autora „Pasjansa z niepotasowanych kart". To niezwykła książka. Napisana pięknym, potoczystym językiem, lapidarna, gęsta od emocji, osobista. Chociaż opisuje historię rodziny dziennikarskiej od pokoleń, nie jest typowym, skonstruowanym linearnie, chronologicznie uporządkowanym wspomnieniem. Piotr Dzięciołowski, doświadczony dziennikarz z 36-letnim stażem wie, że barwna opowieść, napisana bez zadęcia i patosu, lepiej charakteryzuje wydarzenia i uczestniczących w nich ludzi, niż precyzyjnie uporządkowany lecz suchy zbiór faktów. A flashowy, wręcz migawkowy sposób narracji zmusza czytelnika do konfrontacji z własnym zasobem wiedzy o opisywanych ludziach i czasach, w których żyli. Autor wyciąga więc, jak atuty z rękawa niepotasowane karty pasjansa, anegdoty, fragmenty listów i obozowego pamiętnika ojca, wiersze pisane przez dziadka, ojca i własne, historie zasłyszane od matki, oraz ciekawych osób spotkanych przez autora w reporterskiej drodze. Sytuacje opisane przez Piotra Dzięciołowskiego zaskakują, bawią i wzruszają. Budzą sentyment, tęsknotę nie tyle do czasów, ile do ludzi minionej epoki, kiedy tzw. dusza towarzystwa była ciekawym człowiekiem a nie nudnym i pustym celebrytą. Kiedy inteligent był nie tylko udręczonym twórcą, ale też, jak powiedziałby Florian Znaniecki, człowiekiem zabawy. Czytamy więc te niepotasowane karty, raz jeszcze się przekonując, że nawet w bardzo dramatycznych sytuacjach (wojna, marzec '68) poczucie humoru bywało jedynym dostępnym kołem ratunkowym.

„Przestrogi dla jeźdźców” ROSA 2014

„Mistrzowie Polski” Akademia Jeździecka

Nakładem Akademii Jeździeckiej ukazała się moja najnowsza książka "Mistrzowie Polski". Jest to zbiór kilkudziesięciu tekstów o jeźdźcach, którzy mają na swoim koncie przynajmniej trzy medale mistrzostw Polski. Rozmawiałem z ujeżdżeniowcami, skoczkami, powożącymi, rajdowcami oraz westowcem nad westowcami, Alexem Jarmułą.

„Koń to jest ktoś” RYTM 2003

Daniel Olbrychski uratował tonącego konia, Emilian Kamiński koncertował dla źrebaków, Ludgardę i Jerzego Buzków wierzchowce poniosły nocą, Andrzej Grabowski witał w siodle Sławomira Mrożka, Krzesimir Dębski za swojego brata zaliczał na uczelni obowiązkowe jazdy konne, Magda Wołejko za pierwszą filmową gażę kupiła... rumaka na biegunach, Piotr Polk od małego wskakiwał na furmanki, Marek Siudym niektóre konie lubi bardziej niż niektórych ludzi... Z lektury tej książki dowiemy się też, jakie przygody z końmi mieli m.in. Maja Komorowska, Anna Powierza, Dorota i Paweł Deląg, Krzysztof Zanussi, Karol Strasburger, Michał Żebrowski, Bogusław Linda i wiele innych znakomitości.

Recenzja z portalu http://rynek-ksiazki.pl:

„Historie przedmiotami pisane” RYTM 2006

O przedmiotach, które niekoniecznie są wartościowe, ale z jakichś powodów ważne dla ich właścicieli, opowiadają: Artur Barciś, Ernest Bryll, Piotr Dzięciołowski, Anna Dymna, Stefania Grodzieńska, Jerzy Janicki, Jan Kobuszewski, Maciej Kuroń, Maciej Kurzajewski, Wanda Kwietniewska, Edward Lutczyn, Ilona Łebkowska, Ludwik Maciąg, Marek Majewski, Jerzy Maksymiuk, Michał Ogórek, Małgorzata Maria Potocka, Justyna Sieńczyłło, Marek Siudym, Magda Stużyńska, Mariusz Szczygieł, Szymon Szurmiej, Marzena Trybała, Barbara Wrzesińska, Elżbieta Zającówna, Xymena Zaniewska-Chwedczuk, Ewa Złotowska i Marek Frąckowiak. Ktoś wspomina maskotkę, ktoś inny zegar unieruchomiony przez Rosjan na wiele lat, jeszcze ktoś stuletnią maszynkę do mięsa... Pewien mężczyzna przywiązał się do starej walizki, pewna kobieta do zwykłego kamienia, a jedna pani zdobyła nakrycie głowy... ścisłego zarachowania.

Recenzja z portalu http://rynek-ksiazki.pl:

Recenzja z portalu http://www.lekturyreportera.pl:

„Koń mi robił za kołyskę” PIW 2007

To zbiór jeździeckich przygód i anegdot we wspomnieniach przeszło czterdziestu znanych artystów, sportowców, także byłej minister sprawiedliwości, mistrzyni świata w boksie oraz najznakomitszych specjalistów przygotowujących aktorów do scen w siodle, a konie do poruszania się przed kamerą.

Recenzja z portalu http://rynek-ksiazki.pl: